A.D. 2004 – rok sensacji

3
kwi
20
Redakcja
Grecja Euro

Jedyny rok w swoim rodzaju. Największe sukcesy osiągały wtedy zespoły, na które przed rozgrywkami nikt nie postawiłby nawet złamanego grosza. W 2004 roku jak nigdy dotąd aktualna stała się teza, że „każdy może wygrać z każdym”. Wielkie piłkarskie imprezy zostały zdominowane przez skromne drużyny, które zostawiły daleko w tyle gigantów światowego futbolu. 

Greckie szaleństwo na Euro

Wszyscy pewnie doskonale pamiętacie fenomenalny zespół Otto Rehhagela. Choć Grecy na mistrzostwach Europy nie grali efektownie, to jednak byli do bólu skuteczni. Niemiecki selekcjoner wycisnął z nich absolutnie wszystko, co tylko mógł. Dzięki temu powstała świetnie zorganizowana drużyna, która rzuciła na kolana całą Europę.

Największym atutem reprezentacji Grecji była oczywiście defensywa. Przez cały turniej ten zespół stracił tylko cztery gole, ale co najistotniejsze w fazie play off – już ani jednego! A rywale byli przecież wówczas doprawdy znakomici. W ćwierćfinale poległa niezwykle mocna kadrowo reprezentacja Francji, w półfinale Grecy odprawili z kwitkiem rewelacyjnych Czechów, a w finale poskromili gospodarzy turnieju – Portugalczyków. Wszystkie te mecze zakończyły się wynikiem 1-0 dla „biało-niebieskich”.

To był pierwszy poważny sukces piłkarskiej reprezentacji Grecji na światowej arenie. Do 2004 roku ta drużyna miała problem, by w ogóle zakwalifikować się na jakiekolwiek mistrzostwa.  Jeśli już ta sztuka się udawała, to przygoda z turniejem finałowym kończyła się na fazie grupowej. Podobnie miało być zresztą na Euro w Portugalii, gdzie Grecja obok Łotwy uznawana była za najsłabszą drużynę całego turnieju.

Trzon tamtej ekipy stanowili: bramkarz Andonios Nikopolidis, stoper Traianos Dellas, pomocnicy Teodoros Zagorakis i Giorgos Karagounis oraz napastnik Angelos Charisteas.  Zwykle z dużą rezerwą podchodzimy do oklepanego już nieco zwrotu, że „siłą drużyny nie są indywidualności, lecz kolektyw”. Ale w przypadku Grecji akurat to zdanie sprawdziło się jak nigdzie indziej. W ekipie Rehhagela nie było wielkich piłkarzy. Każdy zawodnik znał swoje zadania i realizował je perfekcyjnie. Wszyscy razem stworzyli niezwykle skuteczną maszynę do wygrywania. Tylko dzięki genialnej taktyce i ambitnej postawie całej drużyny tamten sukces był możliwy.

Liga Mistrzów w rękach Mourinho po raz pierwszy

Obecnie sukces Jose Mourinho na ławce trenerskiej niemal automatycznie przekreśla możliwość wystąpienia jakiejkolwiek sensacji. Portugalczyk prowadzi przecież najlepsze zespoły na świecie. Ale nie zawsze tak było… W sezonie 2003/04 „The Special One” swoim triumfem zadziwił całą Europę. Prowadzone przez niego FC Porto sięgnęło po Ligę Mistrzów.

W tamtych rozgrywkach nie brakowało sensacyjnych rozstrzygnięć. Pierwsze skrzypce grały wówczas zespoły, które dzisiaj odsunęły się daleko w cień. Mowa przede wszystkim o drugim finaliście LM – AS Monaco oraz półfinałowym rywalu FC Porto – Deportivo La Coruna. Francuska drużyna walczy obecnie o powrót do Ligue 1, a ekipa z Hiszpanii rozpaczliwie broni się przed spadkiem z Primera Division. W sezonie 2003/04 oba te zespoły miały swoje chwile chwały i sprawiły swoim kibicom miłe niespodzianki.

Wróćmy jednak do FC Porto. Zwycięstwo portugalskiej drużyny w najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywkach zostało okrzyknięte sensacją naprawdę dużego kalibru. Patrząc jednak chłodnym okiem na ten sukces, może wcale nie powinniśmy się tak bardzo dziwić? Mourinho zbudował w Portugalii bardzo mocny zespół, który w pełni zasłużył na wielki triumf na międzynarodowej arenie. Nieprzypadkowo przecież sezon wcześniej „Smoki” świętowały zdobycie Pucharu UEFA. Nie mówiąc już nawet o mistrzostwach Portugalii, w której całkowicie zdominowali krajowe rozgrywki.

„Mou” stworzył w FC Porto prawdziwą piłkarską potęgę, a o sensacji można mówić tylko dlatego, że ten klub mimo wszystko nie należy do ścisłej światowej czołówki. „Smoki” grały z rozmachem i polotem, a w finale LM rozbiły swojego rywala aż 3-0! Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, Deco czy Carlos Alberto – ci zawodnicy prezentowali się wówczas znacznie lepiej niż największe gwiazdy futbolu. Na rozkładzie zostawili m.in. Manchester United, wspomniane wcześniej Deportivo La Coruna oraz trzy solidne francuskie ekipy – Olympique Marsylia, Olympique Lyon i AS Monaco. Od tamtego sezonu każdy kibic piłkarski doskonale wiedział już kim jest Jose Mourinho…

Copa Libertadores dla kopciuszka z Kolumbii

W 2004 roku sensacje obiegły nie tylko Europę, ale tak naprawdę cały piłkarski świat. W Copa Libertadores, najważniejszych klubowych rozgrywkach w Ameryce Południowej, triumf odniosła mało znana drużyna, Once Caldas. To był pierwszy i jak do tej pory jedyny sukces tego zespołu na arenie międzynarodowej. „El Blanco”, jak nazywana jest inaczej ta ekipa, dotychczas nie potrafiła nawet zdominować rozgrywek we własnym kraju, a co dopiero mówić o całej Ameryce Południowej. Zanim sięgnęła po Copa Libertadores mistrzem Kolumbii była zaledwie dwukrotnie.

W wielkim finale skromni Kolumbijczycy stanęli naprzeciwko utytułowanego Boca Juniors, w barwach którego występowali wtedy m.in.: Carlos Tevez, Guillermo Barros Schelotto, Pablo Ledesma, Nicolas Burdisso czy bramkarz Roberto Abbondanzieri. Po remisie w dwóch meczach, zwycięzcę wyłoniły rzuty karne. A te skuteczniej egzekwowali piłkarze Once Caldas i sensacja stała się faktem. Kolumbijski kopciuszek w finale Copa Libertadores pokonał argentyńskiego giganta!

„El Blanco” wcześniej na rozkładzie mieli już dwie dobrze znane brazylijskie firmy – Santos i Sao Paulo.  Zespół prowadzony przez charyzmatycznego kolumbijskiego szkoleniowca Luisa Montoyę nie bał się nikogo. Choć w jego składzie trudno było znaleźć nawet jednego zawodnika z głośnym nazwiskiem. Co ciekawe, całą wyjściową jedenastkę tworzyli piłkarze rodem z Kolumbii. W dzisiejszych czasach drużyna bez ani jednego obcokrajowca w pierwszym składzie to prawdziwa rzadkość. A jednak to naprawdę się zdarzyło i ta ekipa sięgnęła po najbardziej prestiżowe trofeum klubowe w Ameryce Południowej!

Niewiele zabrakło do tego, by w 2004 roku fenomenalni Kolumbijczycy zawładnęli całym futbolowym światem. W Pucharze Interkontynentalnym dopiero po rzutach karnych ulegli FC Porto. Na stadionie w Jokohamie pozostawili jednak po sobie naprawdę dobre wrażenie. Swoją drogą właśnie ten Puchar Interkontynentalny, rozgrywany 12 grudnia, był najlepszym podsumowaniem  całego piłkarskiego roku 2004. Naprzeciw siebie stanęli dwaj zwycięzcy najważniejszych klubowych rozgrywek na naszym globie. Ale na próżno było tam szukać gwiazd największego światowego formatu…

3 komentarze
  1. fair play dodał komentarz dnia 21 kwietnia 2013

    Jak zwykle artykuł na bardzo wysokim poziomie.Oby tak dalej:)Pamiętam tą bramkę Carlosa Alberto ehh…Miach chłop papiery na granie ale jakoś słuch o nim zaginął.W tamtych rozgrywkach i tak najbardziej zachwyciło mnie Monaco.Guly,Rothen,Prso,Evra naprawdę świetna ekipa z wielkim polotem i fantazją.

    • luca toni dodał komentarz dnia 28 kwietnia 2013

      Z tego co ostatnio sprawdzałem Carlos Alberto gra teraz dla Vasco Da Gama.

  2. luca toni dodał komentarz dnia 21 kwietnia 2013

    Doskonałe spostrzeżenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>