Ariel Ortega: Wzloty i upadki idola Monumental

1
paź
14
Redakcja
arielortega

Mimo że był niskiego wzrostu, rzadko zdarzało się na boisku dostrzec piłkarza większego niż on. Genialny na murawie, zupełnie nie radził sobie z pokusami, jakie stawiało przed nim życie. W czerwcu piłkarską karierę zakończył bodaj najdoskonalszy przed Messim następca Diego Maradony – Ariel Ortega.

Był skazany na to aby zostać wyjątkowym piłkarzem. Już jako nastolatek miał wszystko to, czego potrzebują latynoskie gwiazdy – brylantową technikę, spryt i wybujałe ego. No i kontrakt w słynnym River Plate. Tym, który dał mu zadebiutować w pierwszej drużynie „Milionerów” był Daniel Passarella. Swojej decyzji na pewno nie żałował. Chłopak grał tak, że błyskawicznie stał się ulubieńcem trybun. A o to przecież w Argentynie, gdzie nietuzinkowi gracze rodzą się na kamieniu, nie jest wcale łatwo.

Brukowce szybko pokochały młodzieńca. Niski (ledwie 170 cm wzrostu), ale pewny siebie i charakterny Ortega co i raz dostarczał ciekawych tematów. To strzelił pięknego gola, to znów wywołał burdę w knajpie.

Szybko zaczęto porównywać go do Diego Maradony.

Obaj panowie spotkali się po raz pierwszy na mundialu ’94. Na zgrupowaniu przed turniejem w USA dzielili nawet ze sobą pokój. Błyskawicznie przypadli sobie do gustu – El Diego traktował wręcz Ariela jak młodszego brata. Wiele lat później Maradona przyznał: „Odkąd Ortega był młodym chłopakiem każdy miał go za skończonego durnia. Ale nie ja. Wiedziałem, że tak naprawdę jest bardzo inteligentny. Kiedyś opowiedział mi, że stara się być profesjonalistą, ale nie jest mu łatwo bo bycie złym chłopcem kur… mu się podoba”.

Mistrzostwa świata w 1994 były dla Argentyny kompletnie nieudane. Albicelestes owszem wyszli z grupy, ale odpadli już w 1/8 finału. Po tym, jak z powodu stosowania efedryny FIFA zdyskwalifikowała Maradonę, jasne stało się, że zakończył się pewien etap. Przyszła pora na nowy. Wiodącą rolę miał w nim odegrać Ariel Ortega.

Po czterech latach, w trakcie których zdążył przez chwilę pokopać piłkę w Valencii (jej trener Claudio Ranieri wściekły na nocne eskapady piłkarza nazwał go „leniwym wałkoniem”), był gotowy by poprowadzić kadrę do medalu we francuskich mistrzostwach świata.

W fazie grupowej Ortega rządził i dzielił – radził sobie świetnie także później, aż do ostatnich minut ćwierćfinałowej potyczki z Holandią. W końcówce spotkania z Oranje miał jednak chwilę szaleństwa. Wpadł w pole karne rywali i szukając okazji do wymuszenia karnego wyłożył się jak długi. Teatr wypadł dość tandetnie i wyprowadził z równowagi nawet opanowanego zazwyczaj Edwina van der Sara. Bramkarz Holandii wściekły podszedł do zwijającego się na murawie Ortegi, na co ten wyskoczył jak oparzony i przyłożył mu z byka. Zamiast żółtej kartki za symulkę – była czerwona za chamstwo. A zamiast medalu mistrzostw świata był wielki zawód i etykietka głównego sprawcy mundialowej porażki Argentyny.

Ortega wpadł w dołek. Nie dość, że pił więcej niż kiedykolwiek wcześniej, to jeszcze zaczął dawać w żyłę. Coraz bardziej przypominał Maradonę. I nikt nie był z tego powodu zadowolony.

Po słabym i dość krótkim okresie spędzonym w Europie (kolejno Valencia, Sampdoria i Parma) wrócił do River. Fani oczywiście nie posiadali się z zachwytu. Chociaż Ortega był lekko przepity i miał skłonności do baletów, to jednak wciąż był tym samym piłkarzem, co kilka lat wcześniej. Tym samym Burrito, który potrafił wygrywać „Milionerom” mecze.

Szybko odnalazł się w drużynie pełnej młodych talentów (Aimar, D’Alessandro czy Saviola), z których prawie każdy miał według argentyńskiej prasy zawojować Europę. Wspólnie z nimi doprowadził River do zwycięstwa w Clausurze 2002 i przypomniał o sobie poważnym europejskim klubom. Trafił do Fenerbahce Stambuł.

Na Sukru Saracoglu oczywiście miał kilka momentów geniuszu, ale szybko wyleciał z wielkim hukiem. Tym razem nie poszło o alkohol czy dragi, ale o niezaplanowany urlop, jaki Ortega urządził sobie po jednym z meczów reprezentacji Argentyny. Standardowa praktyka u Latynosów – miał wrócić ze zgrupowania po pięciu dniach, a wrócił po dwóch tygodniach. Gdzie był przez ten czas? Nie wiadomo.

Turcy wpadli w szał. Nie zamierzali odpuszczać grajkowi, któremu Stambuł znudził się po paru miesiącach i bezceremonialnie zerwał kontrakt. Sprawa została skierowana do FIFA, która nałożyła na Ortegę bajońską karę (miał zwrócić Fenerbahce dokładnie 11 mln dolarów). Co więcej Burrito przez ponad pół roku pozostawał bez klubu. Całym incydentem nie zamierzał się jednak specjalnie przejmować. Nadal był taki jak zawsze – uparty i najmądrzejszy na świecie. A przynajmniej tak mu się wydawało.

Prawda była bowiem trochę inna. Ariel Arnaldo Ortega notorycznie przegrywał ze swoimi słabościami. Chociaż jego piłkarskie umiejętności mogły wprawić w zachwyt, to już głowa nadawała się tylko i wyłącznie do wymiany. Nawet nie zauważył, kiedy drzwi do Europy zatrzasnęły się przed nim na zawsze.

W Argentynie jego nazwisko ciągle budziło jednak dreszczyk emocji. Media przypomniały sobie o nim kiedy podpisał kontrakt z Newell’s Old Boys. W Rosario spisywał się na tyle dobrze, że wkrótce po raz trzeci wrócił do River Plate. Znowu był pod skrzydłami Daniela Passarelli. I znowu grał jak z nut.

Sielanka nie potrwała długo. Latem 2008 rok, gruchnęła wieść, że piłkarz został odesłany na odwyk przez trenera Diego Simeone. Ariel zaliczył pierwszy zakład, potem po pewnym czasie drugi i… kolejny. Coraz rzadziej pojawiał się na boisku, coraz mniej było w jego grze tej iskry, za którą pokochali go kibice. Rywale – jak choćby Leandro Desabato na filmiku niżej – szydzili z niego nazywając pijaczyną.

Simeone mu nie ufał. Co chwila odsuwał go od treningów z resztą drużyny, nie pozwolił też uczestniczyć w fetowaniu mistrzowskiego tytułu. Trudno było mu się dziwić. Zaraz po tym, jak River przypieczętowało sukces w rozgrywkach ligowych, Ortega poszedł w tango. Niemal w ogóle nie pojawiał się na treningach. Przywlókł się do szatni dopiero w dniu meczu ostatniej kolejki z Banfield. Był pijany jak stodoła.

Wszyscy zaczęli zdawać sobie sprawę, że Ariel powoli się kończy. W kwietniu 2010 (17 lat po swoim debiucie w reprezentacji) dostał na osłodę od starego znajomego – Maradony – ostanie powołanie do kadry. Oczywiście złożonej wyłącznie z ligowców. W meczu z Haiti zagrał od początku. Rozdał trochę uśmiechów i podziękował El Diego za miły gest.

Karierę skończył w czerwcu tego roku.

Pozostaje idolem fanów River. Ma na koncie kilkadziesiąt pięknych goli i srebrny medal zdobyty na Olimpiadzie. Kilka terapii odwykowych, w tym jedną w zakładzie z pokojami bez klamek. Procesuje się z byłą żoną, która oskarżyła go o pobicie.

Ariel Ortega – nowy Maradona. Szkoda, że do Diego upodobnił się dosłownie pod każdym względem.

1 komentarz
  1. Ortega dodał komentarz dnia 6 października 2017

    geniusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>