Chorwacja 1998: Król strzelców, ekscentryczny trener i brązowy medal

3
kwi
4
Redakcja
Chorwacja 1998

Niemal na każdej wielkiej imprezie piłkarskiej są wymieniani w gronie kandydatów do bycia „czarnym koniem” turnieju. I raz ta sztuka naprawdę im się udała. Dzisiaj przypominamy Mundial 1998 we Francji, na którym głodna sukcesów reprezentacja Chorwacji sprawiła niemałą niespodziankę.

Dla tej stosunkowo młodej federacji turniej we Francji był zupełnie wyjątkowy. Chorwaci po raz pierwszy w swojej historii zagrali wówczas na Mistrzostwach Świata. Nie byli jednak klasyczną drużyną żółtodziobów bez reszty pozbawioną doświadczenia. Dwa lata wcześniej wystąpili na Euro 96’, a w eliminacjach do tamtej imprezy wyprzedzili m.in. Włochów, ówczesnych wicemistrzów świata. „Vatreni” – jak inaczej nazywani są chorwaccy piłkarze – stopniowo się rozwijali i z czasem stali się  najsilniejszą futbolową nacją byłej Jugosławii.

Ale po kolei. Chorwaci przed turniejem we Francji mieli prawo być optymistami. Na wspominanym wcześniej Euro, jako debiutanci zaprezentowali się całkiem nieźle. Odpadli dopiero w ćwierćfinale po wyrównanym boju z Niemcami (1-2), późniejszymi zdobywcami tytułu. Na Mundialu 98’ mieli być jeszcze groźniejsi. Do głosu dochodziła wtedy grupa nazywana na Bałkanach „złotym pokoleniem”. Chodzi o piłkarzy, którzy w 1987 roku na Mistrzostwach Świata do lat 20 w Chile wywalczyli złoty medal dla Jugosławii. W tym gronie było kilku chorwackich przedstawicieli…

Warto jeszcze wspomnieć, że mimo wszystko reprezentacja spod znaku charakterystycznej biało-czerwonej szachownicy zakwalifikowała się na Mundial 98’ nie bez problemów. W swojej grupie eliminacyjnej przegrała wyścig o pierwsze miejsce z Danią i o udział w turnieju finałowym musiała walczyć w barażach.  Dwumecz z Ukrainą zakończył się jednak sukcesem Chorwacji. W Zagrzebiu gospodarze wygrali 2-0, a w rewanżu padł remis 1-1. Historyczny awans na Mistrzostwa Świata stał się faktem. Kilka miesięcy później „Vatreni” mieli kolejny powód do zadowolenia. Los okazał się dla nich łaskawy i do grupy na francuskim turnieju przydzielił im dwóch innych debiutantów: Jamajkę i Japonię. Bałkańscy kibice zacierali ręce i wierzyli, że ich drużyna, obok wielkiej Argentyny, zajmie miejsce premiowane awansem do 1/8 finału MŚ.

Selekcjonerem tamtej ekipy był legendarny Miroslav Blażević. Człowiek słynący z twardej ręki i … nietypowych zwyczajów. Przed każdym meczem chorwacki szkoleniowiec kładł na szczęście swoją czapkę kilka metrów przed ławką rezerwowych. Choć jak widać chwilami był dość ekscentryczny, to jednak w dziejach tamtejszego futbolu trudno znaleźć bardziej zasłużonego trenera.

Blażević ustawiał swoich podopiecznych w systemie 3-5-2. Bardzo ważną rolę spełniali w tym ustawieniu boczni pomocnicy. Biegali niemal bez zatrzymania, wykonując przy tym zarówno zadania ofensywne, jak i defensywne. Na tych pozycjach występowali przeważnie Mario Stanić i Robert Jarni, który swoimi świetnymi występami na Mundialu zapracował na transfer do Realu Madryt.

W bramce drużyny Blażevića stał charyzmatyczny Drażen Ladić, a przed nim linię defensywną tworzyli Dario Simić, Igor Stimać oraz Slaven Bilić. Dwaj ostatni obrońcy są nam bardzo dobrze znani. Bilić jeszcze niedawno był selekcjonerem reprezentacji Chorwacji (m.in. podczas Euro 2012), a Stimać został jego następcą i nadal pełni tę funkcję. W drugiej linii obok wspomnianych wcześniej bocznych pomocników prym wiedli Zvonimir Boban i Robert Prosinecki. Nie bez znaczenia pozostawała także rola defensywnego pomocnika, która najczęściej przypadała dla Zvonimira Soldo lub Aljosy Asanovića.

Największą gwiazdą tego zespołu był jednak napastnik Realu Madryt – Davor Suker. To właśnie z jego postawą kibice wiązali największe nadzieje. Partnerem Sukera w ataku został dość niepodziewanie Goran Vlaović. Kandydat numer jeden do tego miejsca, Alan Boksić niedługo przed Mundialem doznał kontuzji, która wykluczyła go z turnieju.

Terminarz francuskiego Mundialu ułożył się dla Chorwatów idealnie. Najpierw Jamajka, później Japonia, a na koniec spotkanie o pierwszą lokatę z Argentyną – ten plan wydawał się być bardzo realny. Debiut podopiecznych Blażevića na turnieju miał miejsce na stadionie Felixa Bollaerta w Lens. Na trybuny przybyło niespełna 40 tysięcy widzów, a „Vatreni” zrobili w tym dniu swoje i pokonali Jamajkę 3-1. Pierwszego gola zdobył Stanić, a kolejne dorzucili Prosinecki i Suker. Już sześć dni później reprezentacja Chorwacji wykonała plan minimum i po dwóch meczach miała na swoim koncie sześć punktów oraz awans do 1/8 w kieszeni. Dzięki trafieniu niezawodnego Sukera udało jej się ograć Japonię 1-0. Ostatni mecz z Argentyną zakończył się jednak porażką 0-1 i bałkańska drużyna zajęła drugie miejsce w swojej grupie.

Cel został zatem osiągnięty. O ekipie Blażevića mówiło się coraz głośniej, a niektóre media powoli zaczęły typować ją na „czarnego konia” całego turnieju. Wszystko dlatego, że oprócz niemałych umiejętności Chorwaci mieli także sporo szczęścia. Ich rywalem w 1/8 została Rumunia, która niespodziewanie zajęła pierwsze miejsce w swojej grupie kosztem Anglików. Naprzeciw siebie stanęły więc dwie głodne sukcesów drużyny, aspirujące do roli mundialowej rewelacji. Lepsza okazała się Chorwacja, a po raz kolejny o wygranej zdecydował gol Sukera. Tym razem snajper Realu trafił z rzutu karnego. Na zwycięzcę w ćwierćfinale czekali już Niemcy…

Zapowiadał się wielki mecz i rewanż za pojedynek na Euro 96’. Dwa lata wcześniej podopieczni Bertiego Vogtsa wyrzucili chorwacką drużynę z angielskiego turnieju, wygrywając 2-1. Na Mundialu miało być podobnie. W końcu Niemcy przyjechali do Francji jako mistrzowie Europy i należeli do grona ścisłych faworytów tej imprezy. Ale na Stade Gerland w Lyonie od początku spotkania nie wszystko szło po ich myśli…

Ladić bronił jak z nut, a niemieckie gwiazdy robiły się coraz bardziej niecierpliwe. Wreszcie w jednym z kontrataków brutalnie sfaulowany został Suker. Norweski sędzia Rune Pedersen nie zawahał się i wyrzucił z boiska Christiana Woernsa. Czerwona kartka dla rywala podziałała na Chorwatów niezwykle mobilizująco. Ku zdumieniu wszystkich „Vatreni” zaczęli niepodzielnie panować na murawie. Jeszcze przed przerwą Jarni kapitalnym strzałem sprzed pola karnego, wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie.

W drugiej połowie Niemcy nacierali jak wściekli, ale po raz kolejny nadziali się na zabójcze kontry. W 80. minucie zespołową akcję precyzyjnym uderzeniem wykończył Vlaović, a kilka chwil później wynik brzmiał już 3-0! W polu karnym błysnął Suker, który z łatwością wymanewrował niemiecką defensywę i trafił do siatki. Kibice ubrani w koszulki z biało-czerwonymi szachownicami oszaleli na trybunach. Race, głośne śpiewy i wielka pasja – Chorwaci dali w Lyonie prawdziwy kibicowski popis. Niemieccy mistrzowie Europy byli w szoku. Odpadli z turnieju po koszmarnym meczu z debiutantami. Po takim spotkaniu selekcjoner nie mógł pozostać dalej na swoim stanowisku. Niedługo potem Berti Vogts wyleciał z hukiem… Tym razem to Blażević był górą.

W półfinale Chorwaci mieli przed sobą kolejną wielką batalię. Przeciwnikiem była rosnąca w siłę Francja. Zwycięstwo z gospodarzem turnieju graniczyłoby z cudem, ale Suker i koledzy nie kalkulowali, po prostu grali swoje. Do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis. A zaraz po przerwie… najlepszy chorwacki snajper uciszył 76 tysięcy „trójkolorowych” kibiców. Saint-Denis zamarło. To miał być wielki dzień francuskiego futbolu, tymczasem reprezentacja niewielkiego bałkańskiego państewka skutecznie psuła długo wyczekiwane święto. „Vatreni” byli jednak bliżej finału tylko przez kilkadziesiąt sekund. Po chwili sprawy w swoje ręce wziął Lilian Thuram. Defensor Parmy najpierw doprowadził do wyrównania, a następnie zdobył bramkę na 2-1 dla Francji. Gospodarze turnieju zwyciężyli i zagrali w wielkim finale. Chorwatom pozostał mecz o trzecie miejsce.

W drugim półfinale Brazylia pokonała po karnych Holandię i to właśnie zespół „Oranje” miał być rywalem chorwackiej ekipy w walce o historyczny brązowy medal. Blażević odpowiednio zmotywował swój zespół przed tym pojedynkiem. Nie mogło być mowy o odpuszczaniu. Wszyscy piłkarze zapomnieli już o porażce z Francją i liczył się dla nich tylko mecz o podium Mundialu. U Holendrów wyraźnie zabrakło podobnej determinacji.  Załamani przebiegiem spotkania z Brazylią, nie potrafili tak szybko się pozbierać. W efekcie Chorwacja, po golach Prosineckiego i Sukera, zwyciężyła 2-1 i sięgnęła po historyczny medal. Dodatkowo Davor Suker, z sześcioma trafieniami na koncie, został królem strzelców imprezy. To były wspaniałe mistrzostwa w wykonaniu całej drużyny Blażevića.

***

Choć Chorwaci cały czas mają solidną i mocną ekipę, to póki co, nigdy nie udało im się powtórzyć tamtego sukcesu. Ostatnie wielkie turnieje kończyli albo w fazie grupowej albo w najlepszym razie w ćwierćfinale. Utalentowanych zawodników w tym rejonie świata jednak nie brakuje i niewykluczone, że jeszcze nieraz „Vatreni” sięgną po medal na wielkiej piłkarskiej imprezie…

3 komentarze
  1. Mark dodał komentarz dnia 7 kwietnia 2013

    Świetna drużyna. Gdyby jeszcze na kilkanaście dni przed Mundialem kontuzji nie doznał Boksic…

  2. Aristide Guarneri dodał komentarz dnia 4 kwietnia 2013

    Piękna opowieść.

    To były czasy, kiedy piłka nie była jeszcze tak „plastikowa” jak dzisiaj.

    • zlatan5551 dodał komentarz dnia 4 kwietnia 2013

      Zgadzam się, wtedy piłka nożna na najwyższym poziomie była bardziej niepzewidywalna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>