Daleki od wyjątkowości – Mourinho na rozdrożu

0
lis
7
Eryk Delinger
fot. awdnews.cofot. awdnews.co

Osiemnaście meczów, tylko sześć zwycięstw we wszystkich rozgrywkach i piętnaste miejsce w tabeli Premier League. Jose Mourinho zdarzało się wcześniej potwierdzać teorię głoszącą, że przydatność drużyny kończy się w jej trzecim sezonie, ale takiego koszmaru nie przechodził nigdy. 2015 rok może na zawsze zdefiniować karierę Portugalczyka.

Mourinho to trener wybitny, jeden z największych swojej generacji – co do tego nie ma wątpliwości. Jeśli twój klub piłkarski ma spory budżet i potrzebuje szybkiego sukcesu, chcesz mieć u steru właśnie jego. Jeśli ma środki by pozyskać piłkarzy odpowiednich do jego koncepcji i skłonnych się mu podporządkować, potrafi w ciągu roku stworzyć maszynę zaprogramowaną na zwyciężanie wszelkimi środkami i powiększyć klubową galerię trofeów. 22 puchary zdobyte w 13 lat mówią same za siebie.

Formuła Mou, jakkolwiek skuteczna, stosunkowo szybko się jednak wyciera. Do pewnego stopnia jest to rzecz jasna właściwość każdego zwycięskiego systemu – na każdy prędzej czy później znajdzie się odpowiedź – ale tu kłopot jest inny. Piłkarze nie potrafią zbyt długo wytrzymać w żelaznych okowach wyrachowanego futbolu The Special One. Najtwardsi gladiatorzy opadają z sił i gubią koncentrację, ofensywni magicy zaczynają się dusić, a wymiana wypalonych ogniw w wykrystalizowanym po pierwszym roku gronie dwunastu-trzynastu podstawowych graczy przychodzi Jose z ogromnym trudem.

Za drugiej kadencji portugalskiego bossa w zachodnim Londynie przez ławkę rezerwową przewijali się m.in. Juan Mata, Kevin de Bruyne, Andre Schürrle, Mohamed Salah czy Juan Cuadrado – żaden nie zagrzał na niej miejsca, nie mówiąc nawet o wejściu na dłużej do podstawowej jedenastki. Sytuacji kadrowej Niebieskich nie pomaga też fakt, że Jose nie zwykł szukać uzupełnień w klubowej akademii. Portugalczyk pod wieloma względami czerpie z warsztatu swojego dawnego mentora, Louisa van Gaala, ale w tym jednym różnią się jak ogień i woda: LvG to surowy, lecz wybitny nauczyciel, przy którym eksplodował niejeden piłkarski talent, zaś Mourinho na młodzież stawiać albo nie lubi, albo zwyczajnie nie potrafi. Van Gaal podobnie jak Mou nigdy nie zagrzał dłużej miejsca w jednym klubie, ale zwykle zostawiał po sobie ślad – piłkarzy, którzy pod jego okiem wyrośli na gwiazdy. The Special One nie zwykł zostawiać za sobą trwałego dziedzictwa innego niż puchary w klubowych muzeach.

Ta krótkotrwałość kolejnych piłkarskich projektów i niezdolność do pozostawienia po sobie spuścizny to jedyne, co kładzie się na ogromnym dorobku Mourinho cieniem – i sam szkoleniowiec wydaje się być świadomym tej słabości. Kiedy w dniu oficjalnego powrotu na Stamford Bridge mówił, że tym razem chce w Chelsea zostać na lata, zapewne nie kłamał. Może rzeczywiście chciałby zacumować na dłużej w jednym miejscu i wyraźniej zapisać się na kartach jego historii. I może w tym też należy szukać źródła kolejnych przytyków w kierunku Arsene’a Wengera – Francuz ma bowiem właśnie to, czego wspaniałemu CV Jose brakuje, a więc długoletni staż na jednym stanowisku i status legendy nie tylko swojego klubu, ale angielskiego futbolu w ogóle.

Obecny sezon dobitnie pokazuje Wyjątkowemu, że – wbrew jego kpinom z rywala zza miedzy – utrzymywanie pewnego stałego poziomu przez lata to nie taka prosta sprawa. Wenger czy Sir Alex Ferguson przez dekady radzili sobie z podobnymi kryzysami, stawiali czoła upadkom swoich mistrzowskich zespołów i na zgliszczach budowali kolejne. Mourinho zaś zderzając się z pierwszym tak głębokim dołkiem w swojej karierze zupełnie się gubi i z każdym dniem własnoręcznie ten dół pogłębia. Typowy dla Jose otwarty konflikt z federacją, mediami i rywalami zaczyna przybierać niespotykane dotąd rozmiary. Dziś nawet dziennikarze, którzy zwykli czerpać garściami z wojenek Portugalczyka i chłonąć nadające się idealnie na prasowe nagłówki slogany są nim przemęczeni i zażenowani. Może ten nowy, rozdrażniony bardziej niż kiedykolwiek Mourinho jest sfrustrowany nie tylko samymi wynikami, grą drużyny i niesprzyjającym losem – może frustracja wypływa ze świadomości, że wszystko to dzieje się właśnie w momencie, kiedy zamierzał na dłużej osiąść w jednym miejscu i że właśnie odpływa jego najpoważniejsza szansa na pozostawienie po sobie piłkarskiego pomnika.

Jeśli The Special One zdoła jeszcze odwrócić złą kartę i wyprowadzi Chelsea na prostą, może zyskać od Romana Abramowicza na tyle duży kredyt zaufania, że rzeczywiście napisze w klubie długą historię. Jeśli jednak straci posadę i tradycyjnie zostawi za sobą spaloną ziemię, być może już na zawsze pozostanie menedżerem „na chwilę”, zatrudnianym przez kolejnych prezesów opętanych żądzą szybkiego sukcesu. Jeszcze trochę i reputacja człowieka okupującego wielkie zwycięstwa zostawianymi za sobą zgliszczami sprawi, że klub stawiający na Mourinho będzie zmuszony planować z trzyletnim wyprzedzeniem i od razu szukać kogoś gotowego wziąć na siebie za kilka sezonów obowiązek sprzątania po Portugalczyku.

Gorący zwolennik piłki w angielskim wydaniu. W przerwach od Premier League chętnie śledzi także francuską Ligue 1. Obok futbolu na liście jego uzależnień figurują heavy metal i kawa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>