Jeśli kochasz futbol…

0
maj
25
Eryk Delinger
fot. Reutersfot. Reuters

Każdy klub, każda liga i każda era mają swoje symbole – piłkarzy, którzy w świadomości fanów nierozerwalnie łączą się z konkretnymi barwami, boiskami wielkiego turnieju albo jakimś okresem w piłkarskiej historii. Są symbole względnie oczywiste: rekordowi strzelcy, laureaci indywidualnych nagród i seryjni zdobywcy trofeów. Są też ikony innego rodzaju – gracze wielbieni wyłącznie przez oddanych kibiców swojego klubu i futbolowych maniaków ceniących pojedyncze magiczne zagrania ponad grad bramek. Gracze tacy jak Tomáš Rosický.

Rosický wydaje się być podręcznikowym przykładem piłkarza niespełnionego. Do Arsenalu trafiał jako żywa legenda Borussii Dortmund, gwiazda czarnego konia Euro 2004 i jeden z najbardziej rozchwytywanych zawodników Europy. Miał świat u stóp, ale jego marsz ku wielkości szybko przerwała trudna do zdiagnozowania kontuzja ścięgna udowego, która początkowo miała wykluczyć go z gry na kilka tygodni, zaś ostatecznie wyjęła z jego sportowej kariery ponad 18 miesięcy. Powrót do formy zajął mu niemal dwa lata, a niektóre cechy utracił na zawsze. W niepamięć odeszło choćby niesamowite uderzenie z dystansu i dynamika, która przed urazem pozwalała mu regularnie zajmować miejsce na boku pomocy Arsenalu. W pierwszych dwóch sezonach Rosický zdobył dla Arsenalu 13 goli – o jednego mniej, niż w kolejnych sześciu. Nigdy nie zdołał w trakcie jednego sezonu rozegrać więcej niż 39 spotkań.

Przeciwności losu nie przeszkodziły mu jednak w tym, by w oczach kibiców The Gunners zostać postacią kultową. Większość z nich w pewnym momencie straciła wiarę w Czecha – pięć lat temu o tej porze Mały Mozart był cieniem nie tyle samego siebie, ile piłkarza w ogóle i oczywistym wydawało się, że lada moment opuści północny Londyn. Wbrew wszystkiemu pomocnik odwrócił jednak złą kartę. W poprzednich trzech sezonach powtórzył się mniej więcej ten sam scenariusz: jesienią Rosický grał rzadko lub wcale, czy to przez kontuzje, czy przez rywalizację w składzie, zaś gdy na ostatniej prostej Arsenal potrzebował impulsu w pościgu za miejscem w top four, czeski magik szturmem wdzierał się do podstawowej jedenastki. Kiedy u owych wiosennych szczytów formy zdobywał się na kilkudziesięciometrowe rajdy z piłką i z dziecinną łatwością rozdzielał firmowe podania zewnętrzną częścią stopy, naprawdę trudno było uwierzyć, że trzydzieste urodziny ma już dawno za sobą.

W sercach londyńskich kibiców do rangi herosa wyniosły Rosický’ego nie tylko bohaterskie zrywy, strzelane Tottenhamowi gole i charakterystyczny, heavymetalowy wizerunek (Tomáš chętnie demonstruje uwielbienie dla ciężkich brzmień celebrując swoje bramki gestem corny). W historii Arsenalu zapisał się przede wszystkim swoją wytrwałością. Przetrzymał najcięższe czasy, został gdy odchodzili wszyscy wokół – w tym jego najbliżsi piłkarscy przyjaciele – i nieoczekiwanie okazał się jedynym obok samego Arsene’a Wengera spoiwem między trzema epokami: ostatnimi miesiącami Henry’ego i Ljungberga w klubie, projektem opartym na zdolnej młodzieży oraz obecnym, odbudowanym Arsenalem.

Można spojrzeć na sprawę z drugiej strony i powiedzieć, że to Kanonierzy wykazali się toną cierpliwości wobec kontuzji i niedyspozycji Czecha, ale nawet jeśli tak, to Rosický już ten dług spłacił. Nie tylko kilkakrotnie ratując kolegom skórę swoimi eksplozjami formy, ale też teraz, okazując przywiązanie i przedłużając kontrakt w momencie, w którym do miejsca w meczowej osiemnastce (o regularnej grze nie wspominając) jest mu dalej niż kiedykolwiek. To byłby odpowiedni moment by odejść z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i spróbować sił w egzotycznej, dobrze opłacanej lidze, lecz Tomáš wybrał inaczej. Podpisał kolejny roczny kontrakt z Arsenalem, co sprawia, że pobyt Czecha w północnym Londynie wydłuży się do równej dekady. Z końcem nowej umowy czeski pomocnik będzie już niemal 36-latkiem, więc niewykluczone, że to na Emirates Stadium zakończy karierę – a jeśli tak, zostanie pożegnany ze wszelkimi honorami.

Nieśmiertelność w annałach Premier League powinny Rosický’emu zapewnić jego błyskotliwość, doskonała technika i zmysł do gry na jeden kontakt – u szczytu formy Czech to uosobienie wszystkiego, co Arsene Wenger ceni w futbolu najbardziej. Mały Mozart nie będzie piłkarzem, który za 10, 15 czy 20 lat przyjdzie do głowy losowemu kibicowi angielskiej piłki zapytanemu o najlepszych graczy Premier League XXI wieku. To nie jego nazwisko będzie też figurowało w piłkarskich encyklopediach w gronie Kanonierów z największą ilością bramek czy choćby występów dla klubu. Jeżeli jednak styl gry „wengerowskiego” Arsenalu jest dla Premier League dobrem wartym zapamiętania na lata, to i o czeskim pomocniku nie można zapomnieć – to on, całym sobą, wraz ze swymi niedoskonałościami, jest jedną z najwierniejszych personifikacji filozofii francuskiego szkoleniowca. Sam Wenger kilka miesięcy temu najlepiej opisał wybitne i bardzo niedoceniane umiejętności kapitana reprezentacji Czech: „Jeśli kochasz futbol, kochasz Tomáša Rosický’ego”.

Gorący zwolennik piłki w angielskim wydaniu. W przerwach od Premier League chętnie śledzi także francuską Ligue 1. Obok futbolu na liście jego uzależnień figurują heavy metal i kawa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>