Marek Citko: Spowiedź idola

10
kwi
20
Redakcja
Citko menedżer

Miał 22 lata kiedy strzelił gola Anglii na Wembley i zachwycił piłkarską Europę w barwach Widzewa Łódź. Mógł grać w Milanie, Liverpoolu albo Interze, zamiast tego wylądował w czwartoligowych rezerwach Legii. „Jestem niespełnionym piłkarzem, ale szczęśliwym człowiekiem” – mówi Marek Citko w rozmowie z Czasem Futbolu.

Ta historia zaczyna się w pewien jesienny wieczór w 1996 roku. Całą rodziną siedzieliśmy przed telewizorem. Na stadionie w Łodzi, tak jak na kanapie ustawionej w naszym salonie, nie było ani jednego wolnego miejsca. Widzew grał z Atletico Madryt.

Kiedy z głośników popłynęły dźwięki hymnu Ligi Mistrzów, ciarki przeszły mi po plecach.

To był wieczór, na który czekałem tak długo. W końcu w barwach Widzewa grał mój ulubieniec. Niektórzy koledzy zachwycali się wtedy Ronaldo, inni Alanem Shearerem czy Alessandro Del Piero. Moim pierwszym wielkim idolem był Marek Citko.

W Łodzi tamtego wieczoru padał deszcz tak gęsty, że wydawało się jakby nad stadionem stał olbrzym wylewający wodę z wielkiej miednicy. Na murawie walka zażarta, chociaż od początku to Atletico było zdecydowanie lepsze. Goście w pół godziny strzelają dwie bramki, ale kluczowy moment następuje tuż przed przerwą.

Bramkarz Widzewa Maciej Szczęsny podaje do Marka Citki. Ten jednym ruchem ogrywa dwóch zawodników Atletico i szarżuje na bramkę rywali. Za linią środkową podnosi głowę. Strzela z 45 metrów. Piłka ląduje w siatce. To była najpiękniejsza bramka, jaką kiedykolwiek widziałem.

Tego wieczora nic już nie miało znaczenia. Ani to, że Widzew ostatecznie przegrał aż 1-4, ani to, że nazajutrz rano był zwykły szkolny dzień. Długo leżałem na łóżku przypominając sobie jak wspaniale strzelił Marek. Długo w myślach słyszałem rozradowany głos komentatora, krzyczącego, że „to był techniczny majstersztyk!”.

Zanim zamknąłem oczy, powiedziałem sobie, że kiedyś muszę porozmawiać z moim idolem.

„Nie mogłem się załamać”

Szesnaście lat później marzenie się spełnia. Rozmawiamy. Obaj bogatsi o doświadczenia, które nas zmieniły. Ja w ciągu tych szesnastu lat zdążyłem dorosnąć. Marek przeszedł drogę, jakiej na pewno się nie spodziewał. Od człowieka, który był na ustach całej Polski do cichego byłego piłkarza z etykietką „zmarnowany talent”.

– Uważam, że mimo wszystko udało mi się osiągnąć naprawdę dużo. Strzelać bramki w Lidze Mistrzów, czy na Wembley, to było coś niesamowitego. Taka pamiątka na całe życie – mówi Citko.

Jest bardzo skromny i cichy. Widać to na pierwszy rzut oka, słychać w głosie. Można odnieść wrażenie, że niezbyt dobrze odnajduje się w sytuacji, gdy jest w centrum uwagi.

Rozmawiając z nim nie czuje się bariery, jaką czasem tworzą – być może nieświadomie – niektórzy piłkarze. Marek jest sympatyczny i chętnie odpowiada na każde pytanie. Nawet jeśli jest ono bardzo trudne.

– Pamiętam, że jako dziesięcioletni chłopak oglądałem mecze Widzewa w Lidze Mistrzów, zachwycałem się bramkami, jakie zdobywałeś. Potem nie mogłem się pogodzić, że mój idol przegrał z kontuzją. Jak się z tym uporałeś?

– Nie było łatwo, chociaż na początku nie miałem pojęcia, że ta kontuzja wszystko przekreśli. Pamiętam, że kiedy zerwałem ścięgno upadając na murawę, to od razu pomyślałem sobie: „To nic, zdarza się. Szybko się wyleczę i wrócę do grania”. Powtarzałem sobie to codziennie, ale kiedy rehabilitacja zaczęła się przedłużać, to zacząłem rozumieć, że wcale nie musi być tak dobrze. Że mój powrót do formy nie jest oczywisty.

– Dziś wiem, że w leczeniu popełniono kardynalne błędy. Gdyby nie to, że w porę zorientowaliśmy się, że lekarz, który się mną opiekował, nie jest najlepszy, to dziś pewnie w ogóle nie mógłbym chodzić. Ale wiesz, wtedy tak nie myślałem. Cały czas byłem nastawiony na to, że wrócę i będzie tak, jak dawniej.

– Wiem, że jesteś mocno wierzący. Powiedz, czy religia pomogła ci przejść przez ten trudny okres?

– Bez wiary nie dałbym sobie rady. To na pewno. Czytam często Biblię, a moją ulubioną księgą jest Księga Hioba. Spadały na niego różne ciosy, stracił wszystko co miał, ale nawet przez chwilę nie przestał chwalić Boga. W trudnych chwilach powtarzałem sobie, że to wszystko, co mi się przytrafiło złego w karierze sportowej, z perspektywy wieczności jest niczym. Że nie mogę się załamać.

Całus od Citki

Kilkanaście lat temu popularna wśród dzieciaków była gazeta „Bravo Sport”. Nie wiem nawet, czy dzisiaj jest jeszcze wydawana. W każdym razie prawda jest taka, że zanim dorosłem do „Piłki Nożnej” (starej, jeszcze z Romanem Hurkowskim), to właśnie „Bravo Sport” wprowadzał mnie do świata futbolu.

Czytałem więc o gwiazdach piłki, które za każdym razem wydawały mi się dalekie, całkowicie niedostępne. Byłem przekonany, że najlepsi zawodnicy mają jakieś nadludzkie moce, których nie posiada przeciętny śmiertelnik. Dzięki nim gwiazdy futbolu biegają szybciej, strzelają mocniej i w ogóle są niezwykłe.

„Bravo Sport” publikował co tydzień rankingi najpopularniejszych sportowców. Znajdowali się w nich ludzie uprawiający przeróżne dyscypliny. Tenisistki, bokserzy, koszykarze… Połowy z nich nawet nie znałem. W roku 1996 pierwsze miejsce było jednak zarezerwowane dla piłkarza. Myślicie, że dla Ronaldo? Skądże! Tym najlepszym był Marek Citko.

http://www.youtube.com/watch?v=tv8VLGwJT64

Kochała go wtedy cała Polska. Mówiło się, że zapanowała Citkomania. Każdy dziennikarz chciał wywiadu z Markiem, każdy dzieciak marzył o jego autografie. Każda dziewczyna chciała dostać od niego całusa.

– Rzeczywiście, to był jakiś szalony czas. Tyle się działo w moim życiu. Telefon się urywał, bo każdy chciał zrobić ze mną wywiad, dostać autograf albo ściągnąć mnie na jakąś imprezę. Powiem ci, że nie byłem na to przygotowany i myślę, że też nie byłem świadomy skali tego wszystkiego. Dzisiaj dopiero z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę z tego, jak byłem popularny.

– Na ziemi trzymała mnie wiara i rutyna dnia codziennego. Dzięki temu, że co chwilę był jakiś trening, mecz albo zgrupowanie, można było się odciąć od tego całego szału. To był też dla mnie okres pierwszych poważnych decyzji. Postanowiłem się oświadczyć mojej narzeczonej, która pomagała mi jakoś przetrwać ten medialny szum.

– Pamiętam, jak kiedyś poszliśmy do kina i ktoś nas rozpoznał. Od razu schowaliśmy się gdzieś za rogiem. Czekaliśmy aż film się zacznie, zgasną światła na sali, żebyśmy mogli wejść niezauważeni i nie wywołać jakiejś sensacji – wspomina z uśmiechem Marek.

Niespełniony piłkarz, spełniony człowiek

Od czasów Citki nie było w Polsce bardziej utalentowanego piłkarza. Marek miał nieporównywalnie większe możliwości niż cała śmietanka dzisiejszych gwiazd. Był lepszy technicznie niż Lewandowski i Błaszczykowski, potrafił jedną akcją rozstrzygnąć losy meczu. Przewidywał wszystko na dwa kroki do przodu. Mógł grać w każdym wielkim europejskim klubie.

Po wspaniałych meczach w Lidze Mistrzów wielki transfer był o krok.

– Najbardziej konkretną ofertę, jaką wtedy dostałem, złożyło Blackburn Rovers. W grę wchodziło wynagrodzenie wynoszące ponad milion funtów za rok gry, co w tamtych czasach było sumą niewyobrażalną. Ale dla mnie pieniądze nie miały znaczenia. Uważałem, że nie jestem gotowy na wyjazd za granicę, chciałem jeszcze trochę pograć w Polsce.

– Jakie kluby oprócz Blackburn chciały wykupić cię z Widzewa?

– W mediach można było przeczytać, że wszystkie najlepsze w Europie, ale to oczywiście była przesada. Wiem na pewno, że były oferty z Liverpoolu, Arsenalu, Milanu i Interu. Ale Blackburn dawało najwięcej pieniędzy Widzewowi, więc tylko z nim negocjowałem.

– Potem przyszła ta feralna kontuzja, która zrujnowała ci karierę. Nie miałeś pretensji do losu, że zadał ci taki cios?

– Mam takie życiowe motto: „Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”. To niech służy za odpowiedź.

– Nie myślałeś o tym, żeby uciec w jakiś nałóg i zapomnieć o tym wszystkim, co straciłeś?

– Nie. To by nie było w moim stylu. Od małego byłem nauczony, żeby w trudnych chwilach nie patrzeć w stronę kieliszka, tylko na krzyż. Wiara pomogła mi pokonać różne pokusy, których w życiu mi nie brakowało.

– Jesteś niespełnionym talentem?

– Piłkarskim chyba tak, ale na szczęście jako człowiek czuję się spełniony. A to dużo ważniejsze. Mam fajną rodzinkę i to jest piękne. Bo piłkarzem się bywa, a mężem i ojcem jest.

Szesnaście lat później

Dzisiaj Citko jest menedżerem piłkarskim. Jak sam mówi, chce pomagać młodym zawodnikom podejmować trafne decyzje, wyciągać z niższych lig utalentowanych zawodników i dawać im szanse gry w silniejszych klubach.

Na pierwszy rzut oka skromny i trochę wycofany Citko nie pasuje do środowiska menedżerów, które ma fatalną opinię. Większość ludzi futbolu uważa agentów za zło wcielone. Pijawki żerujące na piłkarzach i wyciskające z nich ostatnie soki. Zdaniem Marka taka opinia jest krzywdząca, bo w każdej branży są osoby, których złe praktyki wpływają na postrzeganie całości.

– Czy popatrzysz na lekarzy, czy na prawników, to są wśród nich czarne owce, które psują wszystkim opinię. Tak samo jest z menedżerami czy piłkarzami. Nie każdy wykonuje swoją robotę należycie, ale ja skupiam się na tym, żeby pracować w taki sposób, aby nikt mi nic nie zarzucił – podkreśla.

Citko zaznacza, że w obecnej pracy szczególnie ważne jest dla niego, aby w razie kontuzji zapewniać podopiecznym najlepszą opiekę lekarską.

Jakiś czas temu, kiedy występujący w Śląsku Wrocław Łukasz Gikiewicz złamał kostkę, Citko uruchomił swoje kontakty i piłkarz w kilka miesięcy wrócił do pełnej sprawności.

– To uważam za swój największy sukces w pracy menedżera. Tak też rozumiem swoją funkcję. Z piłkarzem trzeba być na dobre i na złe. Nie sztuką jest klepać po plecach, jak wszystko idzie dobrze. Dużo bardziej cenne jest wesprzeć kogoś w trudnym momencie – mówi z przekonaniem Marek.

Trochę żałuje, że jemu nikt nie podał pomocnej dłoni, w pierwszych miesiącach po tym, jak doznał kontuzji. Może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej? Może więcej byłoby nocy takich jak ta wrześniowa, kiedy cała piłkarska Europa dziwiła się, jak młody chłopak z Widzewa ośmieszył słynnego Jose Molinę?

Od tamtego wieczoru minęło już szesnaście lat. Prawie wszystko zdążyło się zmienić. Okazało się, że świat nie jest tak niezwykły, jak ten widziany oczami ośmiolatka. Okazało się, że nawet największy talent może mieć pecha i stracić swoje najlepsze lata.

Nie zmieniło się tylko jedno. Nigdy nie widziałem piękniejszego gola niż ten, którego Marek Citko zdobył w ten deszczowy jesienny wieczór.

Bartosz Barnaś

10 komentarze
  1. Marta dodał komentarz dnia 25 sierpnia 2017

    Talent cenniejszy niż złoto tak mawiano o Marku… Czasy warte wspomnień

  2. artur dodał komentarz dnia 24 czerwca 2014

    Marek pamiętam naszą rozmowę w Łodzi z kl. Jackiem Pływaczem.
    Moim zdaniem, strata dla footbolu, że wtedy nie pojechałeś.
    Ojcem i mężem sie jest nawet po tamtej stronie.
    Tu partacze cie spaprali, najgorsze jest jednak to, że zrobili to ze względu na twoje przekonania.
    Nie czuli, że zrobią na tobie kasę.
    Byłeś dla nich nieprzewidywalny stąd zabrakło odpowiedniego DOKTORA.

  3. Ponury Klecha dodał komentarz dnia 23 maja 2013

    Zastanawiam się dlaczego Marek Citko ani słowem nie wspomina w tym wywiadzie o Ruchu Światło Życie, do którego należał i który to, co nie jest już żadną tajemnicą, miał ogromny wpływ na podjętą przez niego decyzję o niewyjeżdżaniu do zagranicznego klubu. Kiedyś, już dawno temu, czytałem gdzieś wywiad w którym opowiadał jak to ci sekciarze wykorzystując jego głęboką wiarę zrobili z niego źródło utrzymania i doili ile wlazło, a gdy pojawiło się ryzyko, że Marek wyjedzie i przestanie sypać groszem ostatecznie przekonali go do pozostania w Polsce…

  4. XXX dodał komentarz dnia 3 października 2012

    Marku mam do Ciebie pytanie, czym się interesujesz poza piłką nożną? Literaturą, filozofią, historią?

  5. spartan dodał komentarz dnia 6 maja 2012

    byl wtedy najlepszy

  6. chmielu dodał komentarz dnia 26 kwietnia 2012

    Marek Citko niespełniony talent spełniony człowiek!
    S

  7. marcin dodał komentarz dnia 21 kwietnia 2012

    dobry artykuł panie Bartoszu. Teraz już wiem dlaczego coraz częściej zerkam na czasfutbolu.pl
    ;-)

  8. lafar dodał komentarz dnia 21 kwietnia 2012

    aż się łezka w oku kręci… Piękne czasy :) I jakże inny koniec kariery od Igora Sypniewskiego. Kariery krótkiej lecz pięknej.

  9. hitsu dodał komentarz dnia 21 kwietnia 2012

    Marek Citko – mój pierwszy piłkarski idol <3 Dzięki temu że chciałem być jak on nauczyłem Się kopać piłkę lewą nogą :D

  10. gyros dodał komentarz dnia 21 kwietnia 2012

    Marek dzięki!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>