Mistrzowie końcówek, czyli Turcja na Euro 2008

0
wrz
25
Redakcja
3150117655

Reprezentacja Turcji już dawno przestała być piłkarskim outsiderem. Dziś już nawet trudno sobie wyobrazić, że piłkarze znad Bosforu w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku potrafili przegrać z Anglikami aż 0-8 albo w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA bezbramkowo zremisować z…San Marino. Obecnie Turcja jest porządną reprezentacją europejską, której absolutnie nikt nie może zlekceważyć. Największym sukcesem w historii międzynarodowych występów Turków jest oczywiście brązowy medal Mundialu zdobyty w Korei Płd. i Japonii przed jedenastoma laty, ale dziś chciałbym się skupić nad turniejem rozegranym sześć lat później, w którym podopieczni Fatiha Terima pokazali jak realizować hasło „gramy do końca”.

Po absencji na Euro 2004 w Portugalii i Mistrzostwach Świata 2006 w Niemczech Turcy solidnie wzięli się do roboty, aby udowodnić, że brązowy medal zdobyty na azjatyckich boiskach nie był przypadkiem. Turecka federacja zaufała selekcjonerowi Fatihowi Terimowi, zostawiając go na stanowisku i dając czas na przygotowanie reprezentacji do Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii. Terim, o którym pewna gazeta napisała, że wyglądem przypomina cinkciarza, zapewniał, iż ze swoimi podopiecznymi może pokusić się o coś więcej niż tylko udział w trzech meczach fazy grupowej. O awans z grupy A Turcy mieli rywalizować z Portugalią, współgospodarzem turnieju – Szwajcarią oraz rewelacją poprzedniego Euro – Czechami. Patrząc na klasę rywali, słowa Terima były przyjmowane z lekkim przymrużeniem oka.

Selekcjoner nie zabrał na turniej symbolu tureckiego futbolu, wieloletniego kapitana reprezentacji, Hakana Sukura. Po meczu z Portugalią, zakończonym porażką 0-2 zastanawiano się, czy nie warto było zaryzykować i do pomocy Nihatovi Kahveciemu, Tuncayowi i Semihowi Senturkowi dać 37-letniego Sukura. Terim nie tracił jednak animuszu i nadal mówił o sprawieniu niespodzianki i lepszej grze w meczu „o wszystko” ze Szwajcarami.

Na zalany wodą St.Jakob Park wybiegła lekko zmodyfikowana reprezentacja Turcji. Od pierwszej minuty zagrał młody Arda Turan, a na ławce usiadł jeden z najbardziej znanych piłkarzy kadry Terima – Emre Belozoglu. Mecz w ulewnych opadach deszczu był męczący dla oka – gracze ślizgali się na murawie, a piłka zatrzymywała się w kałużach. Po pół godzinie gry piłkę do bramki Volkana wepchnął Hakan Yakin – Szwajcar…tureckiego pochodzenia. W drugiej połowie do remisu doprowadził jednak rezerwowy Semih. Remis nadal nie dawał Turkom dużych nadziei na awans. Kiedy zatem Szwajcarzy odliczali sekundy do zakończenia meczu, młody pomocnik Galatasaray huknął nie do obrony, po czym utonął w ramionach kolegów. Turcja została w grze, a do awansu wystarczyło wygrać z Czechami.

Drużyna sędziwego Karela Brucknera była w identycznej sytuacji, co nasi bohaterowie – porażka z Portugalią (1-3) i zwycięstwo ze Szwajcarią (1-0). Przed meczem okazało się, że w razie remisu o wyjściu z grupy zadecydują rzuty karne – byłoby to wydarzenie bez precedensu. Na pół godziny przed końcem meczu wydawało się jednak, że wszystko jest już jasne. Jaroslav Plasil w 60 minucie podwyższył prowadzenie Czechów na 2-0. Kontaktowa bramka wyrastającego na odkrycie turnieju Ardy dawała jeszcze cień nadziei, ale do końca pozostawało tylko 15 minut, a wciąż trzeba było strzelić dwie bramki. W 87 minucie z pomocą przyszedł Petr Cech – czeski bramkarz, uznawany za jednego z najlepszych na swojej pozycji fatalnie wypuścił piłkę, którą do bramki wpakował Nihat. Nie wiadomo, co pojawiło się w głowach Czechów, którzy minutę później ponownie dopuścili Nihata pod swoje pole karne – 3-2! Turcy płakali ze szczęścia i wraz z rubasznym Terimem zaczęli tańczyć na boisku. Mimo poważnej straty personalnej (czerwona kartka dla bramkarza Volkana już w doliczonym czasie) w drużynie panowała niezwykła radość – ćwierćfinał stał się faktem.

Dwa mecze, które na swoją korzyść Turcy rozstrzygnęli w samej końcówce były ciekawym przypadkiem, ale to, co zespół znad Bosforu zrobił w ćwierćfinałowym pojedynku z typowaną na czarnego konia turnieju Chorwacją, nadaje się do sfilmowania. Po wyrównanej grze, która nie przyniosła bramek, czekano już na rzuty karne. W ostatniej minucie dogrywki to jednak Turcy otrzymali śmiertelny cios – po błędzie doświadczonego Rustu Recbera, który zastąpił zawieszonego na dwa mecze Volkana, Ivan Klasnić strzelił gola. Komentatorzy już mówili o tym, że Turcy zginęli od własnej broni, kiedy Semih uciszył Chorwatów. Gol na 1-1 w ostatnich sekundach dogrywki. Obrońca, Hakan Balta aż złapał się za głowę. Mimo, że przed Turkami były jeszcze rzuty karne, oni już cieszyli się z „powrotu do świata żywych”, jak opisały to gazety. Z jednej strony uskrzydleni Turcy, którzy w trzecim meczu z kolei strzelili bramkę w samej końcówce meczu, z drugiej natomiast załamani Chorwaci. Nie trzeba mówić, kto wygrał wojnę nerwów w serii rzutów karnych… Piękny sen Turcji trwał nadal – za kilka dni czekała ich walka z Niemcami. Mecz o finał.

Przetrzebieni kontuzjami i kartkami Turcy przystąpili do spotkania znów w innym ustawieniu, m.in. bez Nihata i Ardy. Faworytami bez wątpienia byli Niemcy, ale po ostatnich wyczynach podopiecznych Terima, kibice zgodnie stwierdzili, że nic już ich nie zaskoczy. Już w 22 minucie prowadzenie Turcji dał Ugur Boral. Szybka odpowiedź Bastiana Schweinsteigera na długi czas uspokoiła wynik. Stan 1-1 utrzymywał się do osiemdziesiątej minuty, kiedy prowadzenie naszym zachodnim sąsiadom dał Miroslav Klose. Wydawało się, że Niemcy zdążyli dokładnie przeanalizować końcówki spotkań w wykonaniu Turków i zdążyli się przygotować. Nic z tych rzeczy. Na trzy minuty przed końcem Semih wyrównuje!

Piękna historia przeciętnego zespołu, który prawie wszystkie mecze rozstrzygnął w ostatnich minutach zakończyła się w ten sam sposób. Drogę do finału zamknął im Philipp Lahm strzelając gola w 90 minucie. Bramka zdobyta w kontrowersyjnych okolicznościach (jeden z Turków leżał wówczas kontuzjowany) tylko na chwilę zepsuła humory drużynie Terima, która dokonała rzeczy niezwykłej – dotarła do półfinału, mimo że ani jednego meczu nie zakończyła z czystym kontem bramkowym. Kto wie, czy gdyby sędzia przerwał grę z powodu kontuzji Colina Kazima-Richardsa, dziś mówilibyśmy o Turcji jako o sensacyjnym finaliście Euro 2008? Jedno jest pewne – mimo dojścia „tylko” do półfinału, Nihata, Semiha czy też Ardy nikt z historii mistrzostw Europy nie wyrzuci.

I kto mi teraz powie, że meczów nie wygrywa się w głowie?

terim

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>