Nie od razu Paryż zbudowano …?

0
wrz
17
dawid
psg

Za nami już pięć kolejek francuskiej Ligue 1, zdążyliśmy więc trochę poznać tegoroczne wcielenia poszczególnych klubów – w tym zasilanego katarską ropą Paris Saint-Germain pod wodzą nowego szkoleniowca, Laurenta Blanca. Pierwsze wrażenie jest, jak na najsilniejszy piłkarsko, naszpikowany gwiazdami zespół, bardzo kiepskie.

W pierwszych czterech kolejkach Les Parisiens mierzyli się kolejno z upadłym mistrzem z Montpellier, bijącym się w zeszłym sezonie o utrzymanie Ajaccio oraz dwoma beniaminkami – Nantes i Guingamp. Na papierze byli to rywale wręcz idealni: dokładnie tacy, którzy pozwoliliby trenerowi bezboleśnie wkomponować nowych zawodników i daliby rządzącemu mistrzowi Francji szansę by złapać wiatr w żagle na starcie rozgrywek. Statystyki po zakończeniu czwartej serii gier zdawały się potwierdzać niekwestionowaną dominację PSG nad każdym z przeciwników. Piłkarze Blanca przewodzili w większości istotnych klasyfikacji: mogli się pochwalić najwyższą skutecznością w powietrznych pojedynkach (62%), największą celnością podań (87%) czy wreszcie najdłuższym posiadaniem piłki (średnio aż 71%!). Sytuacja w tabeli była niewiele gorsza – chociaż przy takim terminarzu od Paryżan należałoby oczekiwać startu z kompletem punktów i pewnego prowadzenia, to dwupunktowej straty do przewodzącej stawce Marsylii nie można było uznać za tragedię.

Gorzej, że – jak nierzadko bywa – statystyka zamiast rozjaśniać obraz, zwyczajnie go rozmazywała. Zespół PSG zdobywał punkty w męczarniach, zwykle wbijając piłkę do siatki po indywidualnych błyskach czy koszmarnych wpadkach rywali. W starciach z Montpellier i Ajaccio stołeczni piłkarze zaczynali rozkojarzeni, szybko tracili gola, a zmuszeni do pościgu zdobywali się jedynie na wyrównującego gola – goście z Korsyki powstrzymywali potężnego przeciwnika aż do 86. minuty, a upragnione wyrównanie nie było efektem składnej akcji, lecz świetnego uderzenia zza szesnastki autorstwa Edinsona Cavaniego. Beniaminek z Nantes był gotów rozstać się z trzema punktami, więc Paryżanie sami utrudnili sobie pracę – jednobramkowe prowadzenie wypuścili z rąk za sprawą Aleksa, który pokonał własnego bramkarza. Przed kolejną wpadką uchronił zespół gol Ezequiela Lavezziego na kwadrans przed końcem spotkania. Guingamp, które jeszcze kilka miesięcy temu walczyło ze wspomnianym Nantes na zapleczu francuskiej ekstraklasy, niemal utrzymało bezbramkowy remis, ale chwila rozkojarzenia w końcówce i fatalna postawa golkipera sprawiły, że Paryżanie zdobyli dwa szybkie gole w doliczonym czasie i rzutem na taśmę zapewnili sobie zwycięstwo.

Oczywiście statystyki nie kłamią – tak jak obecność na murawie zawodników o wzroście i sile Ibracadabry, Cavaniego, Thiago Silvy i Aleksa gwarantuje przewagę w powietrzu, tak posiadanie graczy mogących się poszczycić takimi umiejętnościami technicznymi i precyzją podania jak Thiago Motta, Marco Verratti, Lavezzi czy wyżej wymieniony Szwed zawsze zaowocuje dużym procentem posiadania piłki i optyczną przewagą. Problem w tym, że jak na zespół o tak ogromnym potencjale ofensywnym Les Parisiens grali nudno i jednostajnie – wszystko, co dobre w ich sposobie rozegrania piłki kończyło się mniej więcej 30 metrów od bramki przeciwników, a zdecydowana większość prób ataku była przeprowadzana zatłoczonym środkiem. Szarże środkiem, indywidualne popisy i stałe fragmenty – to wszystko, co piłkarze Blanca mieli do zaproponowania.

Wrażeń „artystycznych” nie poprawiał wszechobecny chaos – nie można było nie odnieść wrażenia, że Cavani i Ibra pojawiają się w przypadkowych miejscach nie wskutek wymienności pozycji i taktycznej płynności, a jedynie dlatego, że nie mogą znaleźć sobie miejsca na murawie. Taki obrazek można by było tłumaczyć agresywną polityką transferową i zmianą na ławce trenerskiej. Kłopot w tym, że większość piłkarzy gra już ze sobą od jakiegoś czasu (niektórzy nawet znają się z poprzednich klubów), a w podstawowej jedenastce pojawił się tylko jeden nowy zawodnik (wspomniany już kilkakrotnie urugwajski snajper), zaś system gry forsowany przez byłego szkoleniowca Bordeaux i reprezentacji Francji nie różni się znacząco od tego, w którym Carlo Ancelotti próbował zestawić Ibrahimovicia i Lavezziego w zeszłym sezonie. Zresztą złożona tego lata drużyna świeżo wypromowanego, przejawiającego podobne aspiracje jak PSG AS Monaco pokazuje, że zawodnicy nie muszą się znać od podwórka, żeby pokazywać od pierwszej kolejki naprawdę przyjemny w odbiorze futbol. Lepszą od Paryżan piłkę prezentuje także znacznie mniej stabilny, bo rozbijany prowadzoną 24/7 wyprzedażą Olympique Lyon – niedoświadczony i rozparcelowany zespół Remiego Garde’a nie jest jednak w stanie grać porywającego futbolu regularnie.

Swego rodzaju przełom przyniosła piąta kolejka i piątkowe spotkanie z prezentującym mało porywającą, ale zorganizowaną piłkę Girondins de Bordeaux. Paryżanie wreszcie zagrali nieco szybciej, mniej przewidywalnie i po prostu bardziej efektownie. Piłkarze zdawali się czerpać z gry więcej radości (uśmiech pojawiał się nawet na twarzy wiecznie niezadowolonego Zlatana), a Laurent Blanc wreszcie przestał maltretować plastikowe mieszadełko. Miewali momenty słabości, w których Żyrondyści próbowali zagrozić bramce Salvatore Sirigu, ale z wyjątkiem może dwudziestu minut nareszcie naprawdę dominowali. Wynik spotkania ustalił w 64. minucie swoim premierowym golem w Ligue 1 Lucas Moura, a gdyby rozgrywający fantastyczny mecz Ibrahimović miał więcej szczęścia w swoich próbach ukoronowania występu golem, na stanowiącym najniższy wymiar kary 2:0 pewnie by się nie skończyło. Być może zespół wreszcie się rozpędził, ale ja szukałbym przyczyny nagłej poprawy gry PSG w zmianie personelu i, przede wszystkim, systemu gry. Piłkarze z Parku Książąt mieli za sobą tydzień gier w reprezentacjach i wyczerpujących podróży, a w perspektywie pierwszą kolejkę fazy grupowej Champions League, więc Blanc musiał zdecydować się na rotację.  Cavani usiadł na ławce, miejsce leniwego i chimerycznego Pastore zajął dynamiczny Lucas, a zespół przeszedł z niepoukładanego 4-4-2 na odpowiadające m. in. Ibrze i Matuidiemu 4-3-3. Niestety, tak długo jak wszyscy piłkarze będą zdrowi i dostępni, prawdopodobnie nie będziemy mieli okazji regularnie oglądać fenomenalnego Szweda w roli jedynego napastnika, w której czuje się tak dobrze. Przyczyna jest prosta – nowy megatransfer Katarczyków musi grać. Nie zmieni się to też we wtorek kiedy to, we wspomnianej pierwszej kolejce Ligi Mistrzów Francuzi zmierzą się z grackim Olympiakosem Pireus. Według firmy bukmacherskiej Unibet faworytem w tym meczu jest  mimo wszystko Olympiakos, który będzie miał za sobą kilkadziesiąt tysięcy fanatycznych kibiców.

Tu docieramy do głębszego problemu PSG. Mimo że klub wygrał już tytuł i dzięki niezłym występom w Europie wyrobił sobie pewną markę, polityka Nassera Al-Khelafiego i spółki wciąż wydaje się bardziej przypominać typowe dla nowobogackiego klubu „miotanie się” niż przemyślane działania. Krótko mówiąc – zamiast kupować kogo potrzebują, Paryżanie kupują kogo mogą. Zamiast wzmocnić choćby nieprzekonującą prawą obronę, sprowadzili kolejnego gwiazdora, który – tak jak lider Les Parisiens, Ibrahimović – najlepiej czuje się na szpicy. Sprawy nie ułatwia fakt, że Laurent Blanc był bodaj siódmym (!) wyborem Katarczyków na opuszczone przez Carletto stanowisko – sytuacja każe podejrzewać, że skoro właściciele nie widzieli (i wciąż nie widzą) w osobie Mistrza Świata z 1998 roku trenera na lata, to nie byli szczególnie zainteresowani jego opinią w sprawie ewentualnych wzmocnień.

Nie chodzi nawet o urugwajskiego supersnajpera – ciężko mi wyobrazić sobie szkoleniowca, który zapytany o tego piłkarza przez przełożonych odpowiada „nie, nie potrzebuję Cavaniego” – wątpliwości budzą też wzmocnienia pozycji, które tego wymagały. Zdanie Blanca na temat 19- letniego Marquinhosa poznamy gdy ten w pełni wyzdrowieje (chociaż już teraz trzeba przyznać, że na papierze zakup tak młodego stopera za 30 milionów euro wygląda na szaleństwo), ale już to, że pozyskany za 15 milionów euro lewy defensor Lucas Digne czekał na (wymuszony zmęczeniem Maxwella) debiut aż do piątej kolejki pozwala sądzić, że nowy boss PSG nie jest zupełnie przekonany co do talentu młodego rodaka. Z drugiej strony, może to ja doszukuję się drugiego dna, a trener Blanc jest po prostu do bólu konsekwentny w kwestii zestawienia linii obronnej i stara się w tej formacji nie „majstrować” – z przodu bez oporu stawia wszak na młodych Francuzów: Ongendę, Rabiota i, w nieco mniejszym stopniu, Comana.

Kibicom PSG i fanom francuskiej piłki pozostaje trzymać kciuki za Blanca – Paryż dysponuje niesamowitym potencjałem ofensywnym i trudno sobie wyobrazić, by ktoś zdołał odebrać im kolejne mistrzostwo, a skoro tak, to lepiej byłoby, gdyby zespół z Parc des Princes częściej prezentował się tak jak ostatnio, a nie tak, jak wyglądał od początku sezonu. Jeśli Les Parisiens nie utrzymają i nie dopracują formy z piątkowego meczu, oglądanie ich gry może się okazać jednym z bardziej bolesnych doświadczeń czekających pasjonatów futbolu w trwającym sezonie.

Autor: Eryk Delinger

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>