Opowieść o złotej Borussii Dortmund

3
gru
21
Redakcja
Borussia Dortmund 96-97

Borussia Dortmund z Ligą Mistrzów? Coraz więcej ekspertów uważa, że zespół Jurgena Kloppa stać w tym sezonie na zdobycie najbardziej prestiżowego europejskiego trofeum. My dzisiaj postanowiliśmy przypomnieć Wam drużynę BVB, która ponad 15 lat temu ten sukces osiągnęła.

Mowa o sezonie 1996/97. Liga Mistrzów rozgrywana była jeszcze wtedy w starej formule. W fazie grupowej uczestniczyło 16 drużyn, w rozgrywkach brali udział tylko mistrzowie swoich krajów, a mecze odbywały się wyłącznie w środy. Ten sezon szczególnie zapadł w pamięć polskim kibicom – to był ten ostatni raz kiedy mogliśmy oglądać nasz zespół w fazie grupowej Champions League. Reprezentował nas wtedy Widzew Łódź, który w eliminacjach rzutem na taśmę zwyciężył dwumecz z duńskim Broendby.

Los zetknął polski zespół właśnie z Borussią, a także Atletico Madryt i Steauą Bukareszt. Zdecydowanymi faworytami tej grupy byli Niemcy i Hiszpanie. Już w pierwszym meczu drużyna Franciszka Smudy pojechała na Westfalenstadion do Dortmundu. Przez długi czas dzielnie się broniła, ale w końcu polscy obrońcy zaczęli popełniać błędy. Z prezentów skorzystał Heiko Herrlich, który strzelił w tym spotkaniu dwa gole. Honorową bramkę dla łodzian zdobył Marek Citko pięć minut przed końcem meczu. Widzew przegrał swoje pierwsze spotkanie, ale z tą porażką można było się liczyć. Niemiecki zespół był wtedy ceniony w Europie i miał apetyt na coś więcej niż tylko wyjście z grupy.

Borussię prowadził Ottmar Hitzfeld. Bardzo wymagający szkoleniowiec, cieszący się w Niemczech dużym autorytetem. Kapitanem zespołu i przedłużeniem ręki trenera na boisku był Matthias Sammer, którego zaliczano w tym okresie do najlepszych środkowych obrońców na świecie. Jego grę cechowały mądrość, inteligencja oraz waleczność. Po zakończeniu kariery bardzo szybko dostał szansę sprawdzenia się w roli pierwszego trenera Dortmundu. Co ciekawe, od lipca tego roku Sammer jest dyrektorem sportowym w… Bayernie Monachium.

W bramce Borussii stał Stefan Klos, a w defensywie obok Sammera występowali tacy doświadczeni zawodnicy jak Jurgen Kohler czy Stefan Reuter. W drugiej linii prym wiódł natomiast Andreas Möller. To był rozgrywający z prawdziwego zdarzenia. Eksperci doceniali jego znakomite podania, przegląd pola, a także groźne uderzenie z dystansu. Numer „10” na plecach nie był przypadkowy. Möller był wtedy dla Dortmundu tym, kim dzisiaj powoli staje się Mario Götze. Za ważną postać w linii pomocy uważano także Michaela Zorca, który obecnie pełni funkcję dyrektora sportowego BVB.

To także wtedy nieśmiało do składu Borussii zaczynał pukać młodziutki Lars Ricken. Ten szybki, grający bez kompleksów skrzydłowy, stał się później postrachem niejednej drużyny w Lidze Mistrzów. W linii ataku Hitzfeld wybierał przeważnie z trójki piłkarzy: Stephane Chapuisat, Karl-Heinz Riedle i wspomniany Heiko Herrlich. Każdy z nich miał inne zalety, ale wszyscy potrafili strzelać bramki. Chapuisat był raczej typem technika, Riedle znakomicie grał głową, a Herrlich spełniał rolę „cichego zabójcy”, który bezlitośnie wykorzystywał błędy rywali w obrębie pola karnego.

Borussia w pierwszych trzech meczach fazy grupowej przejechała się po rywalach niczym walec i zdobyła 9 punktów. Mistrzowie Niemiec grali tak dobrze, że sami chyba uśpili swoją czujność. W czwartym spotkaniu na Westfalenstadion przyjechało Atletico Madryt i dość nieoczekiwanie wywiozło stamtąd komplet punktów. Stało się jasne, że ostatnie dwie kolejki zdecydują o tym, czy grupę wygrają Niemcy czy też Hiszpanie. Dortmund potknął się jeszcze w Łodzi, remisując z Widzewem 2-2 (dwa gole Jacka Dembińskiego) i to zdecydowało o awansie tylko z drugiej lokaty. Choć Borussia i Atletico zgromadziły tyle samo punktów (13), to jednak hiszpański klub miał lepszy bilans w meczach bezpośrednich. Widzew i Steaua z 4 punktami na koncie musiały pożegnać się z rozgrywkami.

W ćwierćfinale rywalem BVB byli mistrzowie Francji – Aj Auxerre. Mecz w Dortmundzie ułożył się idealnie dla gospodarzy. Najpierw gola strzelił niezawodny Riedle, a potem prowadzenie podwyższył Schneider. Francuzi po przerwie złapali jeszcze kontakt po bramce Lamouchiego, ale w końcówce ładnym strzałem dobił ich Möller. W rewanżu Auxerre zapowiadało huraganowe ataki. Do awansu potrzebowało w końcu wygranej co najmniej 2-0. Borussia nastawiła się na grę z kontry i stąd na boisku znalazło się miejsce dla szybkiego Rickena. Właśnie młody Niemiec zdobył w tym spotkaniu jedynego gola i piłkarze z Dotmundu awansowali do półfinału Ligi Mistrzów.

A tam czekał już na nich Manchester United. Było kogo się obawiać, bo do głosu w ekipie Fergusona powoli zaczęło dochodzić jedno z najlepszych pokoleń w historii tego klubu. Beckham, Giggs, Scholes, bracia Neville i wielu innych… A na lidera tej drużyny wyrósł nieobliczalny Eric Cantona, określany niekiedy jako „Enfant terrible” („okropne dziecko”) francuskiego futbolu.

W ćwierćfinale „Czerwony Diabły” dały pokaz swoich możliwości i rozbiły FC Porto 4-0. W rewanżu Ferguson oszczędził swoich najlepszych piłkarzy i po remisie 0-0 jego zespół awansował do półfinału. Spotkanie z Borussią zapowiadało się naprawdę pasjonująco. Obie drużyny były tak samo głodne sukcesów. Dortmund nigdy jeszcze w tych rozgrywkach nie zaszedł tak daleko. Manchester natomiast chciał nawiązać do triumfu z 1968 roku, kiedy Bobby Charlton i jego koledzy sięgnęli po Puchar Europy.

Alex Ferguson po raz pierwszy dotarł z „Czerwonymi Diabłami” aż do półfinału. Jego drużyna chciała stłamsić Borussię już na Westfallenstadion. Cantona raz po raz zagrażał bramce gospodarzy, ale nie potrafił tego dnia strzelić gola. Podobnie zresztą jak wszyscy jego koledzy. Maszyna United gdzieś się zacięła, a BVB grało bardzo konsekwentnie. Wreszcie na piętnaście minut przed końcem meczu Rene Tretschok strzelił jedynego gola. Dortmund wygrał 1-0 i jechał na Old Trafford z przyzwoitą zaliczką.

A w rewanżu bardzo szybko poprawił jeszcze swoją sytuację. Już w 6 minucie Ricken zaliczył swoje kolejne trafienie w tej edycji Ligi Mistrzów. Manchester stanął nad przepaścią. Choć podopieczni Fergusona dwoili się i troili, to nie zdołali strzelić choćby jednego gola. Po raz kolejny znakomicie spisała się defensywa kierowana przez Matthiasa Sammera. Borussia awansowała do wielkiego finału.

Na Olympiastadion w Monachium rywalem BVB był Juventus Turyn. Zespół Hitzfelda miał pewną przewagę, bo finał rozgrywany był w Niemczech. Ale zdaniem ekspertów to i tak Włosi mieli wtedy sięgnąć po zwycięstwo. Juventus przeżywał bardzo dobry okres i był obrońcą trofeum. Rok wcześniej drużyna prowadzona przez Marcello Lippiego pokonała w finale Ajax Amsterdam po rzutach karnych. Na miesiąc przed meczem z Borussią w półfinale w pięknym stylu po raz kolejny ograła Ajax (2-1, 4-1). „Stara Dama” była w formie.

Mecz Juventus – Dortmund zapowiadany był jako rewanż za finał Puchar UEFA 1992/93. Wtedy właśnie włoski zespół pod wodzą legendarnego trenera Giovanniego Trapattoniego z łatwością rozprawił się z BVB, wygrywając dwumecz aż 6-1. W barwach „Bianconerich” błyszczeli wówczas m.in. Roberto i Dino Baggio, Gianluca Vialli, a także… Andreas Möller i Jurgen Kohler. W ekipie z Westfalenstadion tamtą porażkę pamiętali dobrze Klos, Reuter, Zorc, Chapuisat oraz sam trener Hitzfeld.

Potencjał kadrowy Juventusu mógł robić wrażenie. Deschamps, Zidane, Del Piero, Vieri, Boksić – w sezonie 96/97 trener Lippi dysponował prawdziwą artylerią. Atuty Włochów można było wtedy wymieniać właściwie bez końca. Ale jak zwykle to boisko miało zweryfikować wszystko…

Pierwszy cios w 29 minucie zadał nieoczekiwanie Karl-Heinz Riedle. Juventus jeszcze dobrze się nie otrząsnął, a już przegrywał 0-2. Po raz kolejny do siatki trafił ten sam zawodnik – za drugim razem strzelił głową po dokładnej centrze Möllera z rzutu rożnego. Hitzfeld miał nosa, sadzając w tym spotkaniu na ławce rezerwowych Heiko Herrlicha. Riedle grał swój mecz życia. Jeszcze przed przerwą włoski zespół próbował odpowiedzieć. Najpierw Zidane uderzył prosto w słupek, a później Vieri trafił do siatki, ale wcześniej pomógł sobie ręką i gol nie mógł zostać uznany. Kiedy węgierski sędzia Sandor Puhl zagwizdał po raz ostatni w pierwszej połowie, na telebimie widniał wynik 2-0 dla Borussii.

Lippi musiał zagrać „va bank”. W przerwie zdjął z boiska obrońcę Sergio Porriniego i wprowadził trzeciego napastnika – powracającego po kontuzji Alessandro Del Piero. Włoski trener trafił ze zmianą, bo„Alex” ożywił grę Juventusu. Zaraz po wejściu uderzył w spojenie, a  w 64 minucie kapitalnym strzałem piętą zdobył gola i zmniejszył straty swojego zespołu. „Bianconeri” rzucili się do ataku, ale już 7 minut później zostali skarceni. Lars Ricken, który pojawił się na boisku kilkadziesiąt sekund wcześniej (zmienił Riedle), pokonał Peruzziego przepięknym lobem. To była już druga fantastyczna bramka w tym meczu! Gol Rickena miał jednak znacznie większą wartość niż ten Del Piero. Niemiecki skrzydłowy ostatecznie przesądził o losach wielkiego finału!

Zwycięstwo Borussii 3-1 stało się faktem. Na Olympiastadion rozpoczęła się wielka feta. Niemieccy piłkarze wpadali sobie w ramiona, a kibice śpiewali triumfalne piosenki. BVB zostało najlepszą drużyną Starego Kontynentu w sezonie 1996/97. Czy dzisiaj podopieczni Kloppa są w stanie nawiązać do wspaniałego sukcesu ekipy Hitzfelda? Droga do tego jeszcze daleka, ale po zajęciu pierwszego miejsca w „grupie śmierci” apetyty Niemców niesamowicie się zaostrzyły…

3 komentarze
  1. sentymentalista dodał komentarz dnia 21 grudzień 2012

    To była właśnie prawdziwa Liga Mistrzów, nie to co teraz. I futbol był jakiś lepszy, większość graczy w każdej drużynie nie byli obcokrajowcami, kwoty zarobków i transferów były normalne a poziom był bardziej wyrównany dzięki czemu Legia i Widzew nie odstawały od Borussi czy Blackburn. Ech piłka już nigdy nie będzie taka jak kiedyś…

    • Piotr dodał komentarz dnia 22 grudzień 2012

      Dokładnie tak jak piszesz – to przede wszystkim był futbol – i to zasadnicza różnica. Nie było nażelowanych panienek na boisku, po boisku nie biegały zmanierowane do granic absurdy piłkarzyki. Ponadto było mniej spotkań, i jeśli faktycznie trafiał się klasyk to czekało się na niego z wypiekami na twarzy. Dzisiaj praktycznie co kolejkę w pucharach jest jakis „hit” ale to nie to co kiedyś. Futbol stracił już tą swoją magię, tą pasję, radość, zażartośc… ech, długo można by pisać.

      • MR dodał komentarz dnia 22 grudzień 2012

        Mam takie same odczucia jak Wy. Kiedyś mecz Ligi Mistrzów to było prawdziwe i wyczekiwane święto. Dzisiaj możemy oglądać znacznie więcej spotkań, ale gdzieś zatracił się tamten klimat… Hity są na wyciągnięcie ręki. Futbol z każdym rokiem komercjalizuje się coraz bardziej. Każdy może ocenić sam, czy to dobrze czy źle… Dla mnie ta stara formuła Ligi Mistrzów miała swój niepowtarzalny urok.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>