Rambo – piłkarz, który chciał zostać żołnierzem…

1
lis
9
Redakcja
Rambo

Powiem: „Rambo”. Co ty odpowiesz? Amerykański aktor, który z powodu nudy chodził po lesie z nożem. Trafnie. Drugie skojarzenie? Rambo z Kielc (teraz już z Bielsko-Białej) razem ze swoją bandą świrów, znaną już doskonale całej Polsce. Pozostał nam jeszcze jeden, tym razem oryginał prosto z Chin Brazylii. Diego Alessandro Rambo – piłkarz, który chciał zostać żołnierzem…

Diego Allesandro Rambo wychował się na przedmieściach Porto Alegre, a dokładniej w Alecrim. To właśnie w Brazylii, w Gremio rozpoczął swoją karierę piłkarską. Priorytetem jednak była dla niego Europa, nie chciał pozostać a Ameryce Południowej, w której, mimo młodego wieku, nie potrafił się wybić. Jako 15- latek w 2001 roku wyjechał zbierać szlify piłkarskie na Stary Kontynent. Wyłowili go skauci Brescii, jednakże ze względu na ograniczenia w wystawianiu piłkarzy spoza Unii Europejskiej nie mógł liczyć na regularną grę. Konkurencja była zbyt wysoka.

Postanowił zwiedzić inny kraj, w którym mógłby liczyć na miejsce w pierwszym składzie i ewentualną promocję swojej osoby. W wieku 17 lat wyjechał do Polski, a wybór padł na Górnik Zabrze. Polski klub polecili mu jego rodacy, nomen omen występujący własnie w Górniku. Swój udział w jego transferze miał również Marek Koźmiński, którego Rambo poznał we Włoszech. Wszystko dzięki temu, iż Brazylijczyk miał tego samego menadżera co Polak w czasach swojej gry w Serie A.

W tamtym okresie, jak i dzisiaj, trudno było nie porównywać jego osoby do słynnego Rambo z filmów. Porównań i żartów ze strony kibiców było na pewno wiele, być może powstawały także sucharki takie jak te:

– Słuchaj, gdzie robimy afterparty?
– Może u tego od Rambo?
– Ok, to ustalone.

Środkowy obrońca nie przejmował się takimi porównaniami, sam się z nich śmiał. Z dumą przyznawał się do swoich niemieckich korzeni, skąd właśnie pochodzi jego filmowe nazwisko.

W Zabrzu początek miał gorszy niż Manchester United za rządów Moyesa. Rozegrał 3 spotkania po czym złapał kontuzję i tym samym już po 6 miesiącach powędrował na wypożyczenie do Lechii Zielona Góra. Tam stopniowo odzyskiwał swoją formę. Po zakończonym sezonie wyjechał na testy do Japonii. W Oita Trinita nie zdecydowali się jednak na podpisanie z nim kontraktu ze względu na… limit obcokrajowców w japońskiej lidze. I tym samym, po raz drugi z tego samego powodu, wrócił do Zabrza.

Tam – co było zaskoczeniem dla wielu obserwatorów – szybko wywalczył sobie miejsce na placu gry. Rozegrał dla polskiego klubu 13 spotkań, jednak kontuzja kolana wciąż nie dawała o sobie zapomnieć. Wyjechał nawet do Włoszech, aby tamtejsi specjaliści przywrócili go do nominalnego stanu, jednak to nie był już ten sam Rambo. Przeszedł on aż 5 operacji. W związku z tym Brazylijczyk zdecydował się na zakończenie kariery piłkarskiej i wrócił do ojczyzny.

Rambo, mimo kolana, które nie było w 100% sprawne, postanowił zostać żołnierzem. Doczekał się stopnia sierżanta. Wydawało się, że wszystko w jego życiu ponownie wróciło do normy, iż nie będzie się musiał martwić o swoje utrzymanie. Niestety, wielu z nas zdążyło już doświadczyć tej ciemniejszej strony życia, która często bywa okrutna. Diego należał do tej grupy.

23 września 2011 roku w miejscowości Santa Maria prowadzony przez niego Opel Vectra zderzył się z naczepą wyjeżdżającej ze stacji benzynowej ciężarówki. Brazylijczyk zginął na miejscu. Do Polski ta informacja dotarła dopiero po czterech miesiącach. -Dowiedziałem się o tym niedawno. Wydzwaniałem, by zapytać co u niego słychać, tymczasem w słuchawce usłyszałem, że Diego nie żyje. Jestem w szoku – twierdzi Felix Felipe, kolega Rambo.

rambo_wypadek_zrzut_470

Diego był skromnym piłkarzem, któremu Bóg wystawił jeden cel – znaleźć pracę, dzięki której mógłby spokojnie się utrzymać. Nie wyszło mu z piłką nożną, zatem konsekwentnie próbował swoich sił w armii. Nie zginął jednak postrzelony przez wrogów, umarł w najprostszy możliwy sposób – przez wypadek.

Nawet nie macie świadomości, jak wiele czynników złożyło się na jego powrót do Brazylii. Po pierwsze – limit obcokrajowców we Włoszech. Gdyby nie on, być może do dzisiaj grałby w Serie A bądź tułał się po niższych ligach. Tak samo w Japonii – przez limit stracił szansę na zaistnienie w kraju kwitnącej wiśni. W Polsce, gdyby nie złapał kontuzji, mógłby grać do dziś. To jest swego rodzaju przestroga dla każdego z nas. Każda rzecz, która została przez nas wykonana prowadzi do konkretnego celu. Nie wiemy, czy dzięki wyniesieniu śmieci dokładnie o 12:00 wygramy w totka, ale pamiętajmy o tym, iż każdy dzień zostawia na naszym profilu ślady. Jeśli chcemy, aby był on nieskazitelny, nie twórzmy na nim kolejnych rys.

1 komentarz
  1. Ilmo José Rambo dodał komentarz dnia 5 kwietnia 2019

    Olá. Esse é o nosso guerreiro. Escrevi a vida dele em um livro. Gostaria muito de conhecer esse lugar. Não sei como proceder

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>