Sezon 1998/99: Cudowny gol Matysa i solidna gra w pucharach

8
kwi
2
Redakcja
ŁKS Manchester

Dzisiaj po raz kolejny spoglądamy w przeszłość i wspominamy sezon 1998/99 w wykonaniu polskich drużyn w europejskich pucharach. Nie były to może występy rewelacyjne, ale obecnie pewnie uznalibyśmy je za co najmniej solidne. Polacy nie eliminowali w tamtym sezonie bardzo mocnych ekip, ale z dużym spokojem radzili sobie z europejskimi średniakami.

Ale po kolei. W Lidze Mistrzów reprezentował nas wtedy ŁKS. W rundzie przedwstępnej mistrzowie Polski trafili na Kapaz Ganja, najlepszą drużynę Azerbejdżanu. Nie było mowy o niespodziance. Czasy fatalnych meczów z Azerami, tj. Karabachem Agdam (porażka Wisły) czy Interem Baku (awans Lecha po 11. seriach rzutów karnych) miały dopiero nadejść. ŁKS w pierwszym meczu rozbił swojego rywala 4-1, a w rewanżu na wyjeździe dopełnił formalności, zwyciężając 3-1. W tym dwumeczu Mirosław Trzeciak zdobył cztery gole, Tomasz Wieszczycki dwa, a jedno trafienie dorzucił Konrad Cebula.

W rundzie wstępnej na podopiecznych Bogusława Pietrzaka czekał wielki Manchester United. Na Old Trafford łodzianie bynajmniej nie przynieśli wstydu. Porażkę 0-2 na wyjeździe z późniejszym triumfatorem całych rozgrywek należy uznać raczej za przyzwoity występ. Tym bardziej, że gola na 2-0 „Czerwone Diabły” strzeliły dopiero na 10 minut przed końcem spotkania. W rewanżu padł bezbramkowy remis. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, aby polska drużyna przegrała dwumecz ze zdobywcą Ligi Mistrzów w stosunku 0-2, przy czym w jednym z meczów udało się nawet zremisować…

Po odpadnięciu z eliminacji Ligi Mistrzów ŁKS występował w Pucharze UEFA. W pierwszej rundzie jego rywalem było francuskie Monaco, czyli drużyna która w ciągu dwóch wcześniejszych sezonów dwukrotnie grała w półfinale europejskich zmagań (Puchar UEFA 1996/97 oraz Liga Mistrzów 1997/98). Pierwszy mecz odbył się w Łodzi. Mistrzowie Polski kapitalnie weszli w to spotkanie i już na samym początku objęli prowadzenie. Precyzyjne dośrodkowanie Omodiagbe Darlingtona perfekcyjnie wykorzystał Piotr Matys. Kapitalne uderzenie piętą kompletnie zaskoczyło Fabiena Bartheza. To była jedna z najpiękniejszych bramek, jakie Polacy zdobyli w europejskich pucharach. Techniczny majstersztyk!

Podopieczni Jean Tigany podnieśli się w drugiej połowie i ostatecznie pewnie zwyciężyli w Łodzi 3-1. Rewanż był już tylko formalnością. Po remisie 0-0 mistrzowie Polski pożegnali się z europejskimi pucharami. Ale mimo wszystko nie mieliśmy się czego wstydzić, a gol Matysa był prawdziwą ozdobą tamtej edycji Pucharu UEFA.

***

Wisła Kraków znajdowała się w tym okresie zdecydowanie na fali wznoszącej. Po inwestycjach Bogusława Cupiała w klubie powiało świeżością, a europejskie puchary znowu zawitały na Reymonta po blisko 20 latach przerwy. Na dobry początek wiślacy z kwitkiem odprawiali walijskie Newtown FC, wygrywając przed własną publicznością aż 7-0. W ten upalny lipcowy dzień krakowscy kibice nie mogli się nudzić, bo piłkarze zgotowali im prawdziwy festiwal bramek. A to był dopiero początek obiecujących występów…

W kolejnej rundzie Wisła trafiła na Trabzonspor. Aż strach pomyśleć, co działoby się dzisiaj, gdyby ten turecki zespół zmierzył się z którąś z polskich ekip. A wtedy w Krakowie… „Biała Gwiazda” wygrała 5-1! To nie żart. Mało tego, hattricka strzelił wówczas obecny trener Wisły, Tomasz Kulawik. W rewanżu krakowianie udowodnili, że pierwszy mecz nie był dziełem przypadku i zwyciężyli w Turcji 2-1.

Po takich wynikach nikt nie bał się losowania następnej rundy. Słoweński Maribor nie wydawał się wtedy straszny. Wiślacy już w pierwszym meczu na wyjeździe niemal przesądzili kwestię awansu. Po golach Tomasza Frankowskiego i Grzegorza Patera „Biała Gwiazda” wygrała 2-0. W Krakowie dopełniono tylko formalności… Podczas ogromnej ulewy przy Reymonta gospodarze ograli rywali aż 3-0. Polska drużyna pokonała słoweńską w dwóch meczach wbijając jej pięć goli, a nie tracąc przy tym ani jednego. Dzisiaj taki rezultat zrobiłby duże wrażenie…

Wisła imponowała wtedy świeżością i determinacją. Kraków był spragniony piłkarskich sukcesów, a drużyna prezentowała wysoką jakość. Na losowanie drugiej rundy Pucharu UEFA działacze „Białej Gwiazdy” polecieli z optymizmem. Wśród potencjalnych rywali nie brakowało wielkich firm, bo wiślacy mogli wpaść na: Liverpool FC, Olympique Lyon, Dynamo Moskwa lub AC Parmę. I właśnie z czołowym włoskim zespołem los zetknął krakowian.

W Parmie nie brakowało wtedy gwiazd największego światowego kalibru. Buffon, Thuram, Cannavaro, Veron, Crespo czy Chiesa – to tylko niektóre z wiodących postaci tamtej drużyny. Ale mimo to, reakcje wiślaków na to losowanie były pozytywne. Wszyscy piłkarze mieli szczerą ochotę do gry, co świetnie charakteryzowało tamtą ekipę „Białej Gwiazdy”. – Jak spadać to z wysokiego konia… ale możemy zaskoczymy ich z kontry? – zastanawiał się Tomasz Frankowski. – Trzeba grać swoje. Wisła ma po swojej stronie argumenty, które Parma musi brać pod uwagę – deklarował odważnie Ryszard Czerwiec. – Parma? To bardzo dobrze, bo to atrakcyjny rywal – rzucił natomiast po losowaniu ówczesny kapitan wiślaków Tomasz Kulawik.

Pierwszy mecz rozpoczął się dla Wisły bardzo źle, bo już w 2. minucie meczu gola zdobył Enrico Chiesa. Krakowianie walczyli jednak nieustępliwie i zdołali doprowadzić do wyrównania. Do siatki Włochów ładnym strzałem trafił Kulawik. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1-1. Ten mecz przeszedł też niestety do historii z uwagi na przykry, pozasportowy incydent… Nożem rzuconym z trybun trafiony w głowę został Dino Baggio. Piłkarz na szczęście doszedł do siebie, ale nie obyło się bez konsekwencji dla polskiego klubu. Wisła została na rok wykluczona z europejskich pucharów.

W rewanżu krakowianie przegrali z Parmą 1-2. W tym meczu wyraźnie jednak odstawali od swojego rywala. Honorowego gola w 90. minucie zdobył Bogdan Zając. Na pocieszenie pozostaje fakt, że Parma została późniejszym triumfatorem tej edycji Pucharu UEFA, a cztery sezony później… wiślakom udało się wziąć na niej solidny rewanż za tę porażkę. Ale to już inna historia…

***

Drugą drużyną, która reprezentowała nas wówczas w Pucharze UEFA była Polonia Warszawa. Choć ówcześni wicemistrzowie Polski nie dali nam aż tyle satysfakcji co Wisła, to jednak i tak spisali się nienajgorzej. Daleko było do kompromitacji, jakie spotykają nas obecnie. W rundzie przedwstępnej piłkarze „Czarnych Koszul” gładko rozprawili się z estońską Talinną Sadam. Na wyjeździe zwyciężyli 2-0, a u siebie 3-1. Dzisiaj jesteśmy już bogatsi o przykre wspomnienia z meczów z drużynami z Estonii i doceniamy tamte pewne zwycięstwa Polonii.

Później warszawiacy trafili na Dinamo Moskwa i po dość równorzędnym dwumeczu musieli uznać wyższość rywala. Dwie porażki 0-1 przekreśliły szanse na awans do kolejnej rundy. Ale trzeba przynajmniej oddać, że do samego końca Polonia dzielnie walczyła z rosyjską drużyną. Dopiero w 89. minucie rewanżowego spotkania Dinamo zdobyło gola na 1-0 i przechyliło szalę awansu na swoją korzyść. Choć „Czarne Koszule” dość szybko pożegnały się z pucharami, to i tak możemy stwierdzić, że wstydu nie przyniosły…

***

Na koniec nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów i … nieistniejąca już Amica Wronki. Ten zespół zaprezentował się najgorzej z naszych pucharowiczów. Oczywiście moglibyśmy docenić wysokie zwycięstwa z maltańskim Hibernians FC (4-0 u siebie, a potem 1-0 na wyjeździe), ale bez przesady… To, że w ostatnich latach Ruch Chorzów kopał piłkę po autach, żeby tylko utrzymać korzystny remis z inną maltańską drużyną, to jeszcze nie powód, żeby teraz za tamte wygrane gloryfikować Amikę. Wysokie zwycięstwa z pół-amatorskimi drużynami to po prostu obowiązek polskich zespołów.

W kolejnej rundzie piłkarze z Wronek wypadli bardzo blado na tle holenderskiego SC Heerenveen. W pierwszym meczu przegrali 1-3, a w drugim 0-1 i odpadli z rozgrywek. W tym przypadku nie może być niestety mowy o walecznej i ambitnej grze do samego końca, jak w przypadku Polonii.

***

Sezon 1998/99 wcale nie przyniósł nam olśniewających wyników w europejskich pucharach, ale jak widać nasze drużyny potrafiły z dużą łatwością i pewnością ogrywać Turków, Słoweńców, Walijczyków, Estończyków czy Azerów. Nie mówiąc już o tym, że Polacy zupełnie przyzwoicie spisali się w meczach z późniejszymi zdobywcami trofeów – Manchesterem United oraz Parmą. Dzisiaj o takim stanie rzeczy możemy chyba tylko pomarzyć. Mamy wrażenie, że od tamtego czasu wszystkie kraje poszły zdecydowanie naprzód, a polska piłka zrobiła jeden wielki krok wstecz…

8 komentarze
  1. Kacper dodał komentarz dnia 10 maja 2013

    A to czasami przy bramce z Monaco Matysa nie dośrodkowywał Darlington Omodiagbe bo tak mówią komentatorzy C plus

    • ŁR dodał komentarz dnia 10 maja 2013

      Tak to rzeczywiście był Omodiagbe Darlington, bardzo silny nigeryjski boczny pomocnik grający wówczas w ŁKS-ie. Eddy Dombraye także znajdował sie wtedy w kadrze Łodzian, ale akurat w dwumeczu z Monaco nie zagrał.

      Tekst pisaliśmy z pamięci, nie podpierając się specjalnie innymi materiałami i stąd ten drobny błąd.

      Dzięki za wyłapanie.

      • Kacper dodał komentarz dnia 11 maja 2013

        Rozumiem, każdemu się błędy zdarzają. A tak z ciekawości Dombraye lub Austin Hamlet, to byi dobrzy zawodnicy? Bo znalazłem o Hamlecie, że był szybszy od piłki.

        I jeszcze jedno: macie może składy z tego dwumeczu?

        • ŁR dodał komentarz dnia 11 maja 2013

          Odpowiem Ci tak: Austin Hamlet był szybszy od piłki i niewiele poza tym :) Eddy Dombraye był natomiast napastnikiem silnym i dobrze zbudowanym, ale kariery nie zrobił… Po tym jak opuścił ŁKS zagrał jeszcze bodajże kilka meczów dla Stomilu, a potem próbował swoich sił m.in. na Ukrainie i w Serbii. Jego podstawowym problemem było to, że był napastnikiem, który… nie strzela bramek :)

          A to słady z dwumeczu ŁKS- Monaco:

          ŁKS- Monaco 1:3

          ŁKS: Wyparło, Krysiak, Bendkowski, Pawlak, Kos, Lenart, Cebula, Wieszczycki(’60 Niżnik), Jakubowski (’66 Żuberek), Matys, Darlington

          Monaco: Barthez, Sagnol, Dumas, Konjić, Pignol, Costinha, Diao, Gava, Giuly, Trezeguet (’70 Spehar), Henry (’61 Ikpeba)

          1:0 Matys ’10
          1:1 Bendkowski ’59 (samobój)
          1:2 Trezeguet ’68
          1:3 Spehar ’82

          Monaco – ŁKS 0:0

          Monaco: Aubry, Martin, Dumas (’66 Pignol), Konjić, Leonard, Costinha (’46 Christanval), Gava, Giuly, Ikpeba, Henry, Spehar (’66 Trezeguet)

          ŁKS: Wyparło, Krysiak, Kos, Lenart, R.Pawlak, Jakubowski, Niżnik,
          Wieszczycki, Darlington, Cebula, Matys (’77 Żuberek)

  2. MR dodał komentarz dnia 11 kwietnia 2013

    To fakt, że bywały też przebłyski. Ale jeśli chodzi o to określenie „że możemy tylko o takich wynikach pomarzyć”, to dotyczyło ono głównie meczów z późniejszymi triumfatorami Pucharów, czyli ŁKS-u z Manchesterem United i Wisły z bardzo mocną wówczas Parmą.

    Myślę, że gdyby dzisiaj jakaś polska drużyna wybiegła naprzeciwko któregoś z czterech półfinalistów LM (Barcelona, Real, Bayern, Borussia) to byłaby jedna wielka rzeź…

    • Aristide Guarneri dodał komentarz dnia 11 kwietnia 2013

      Amen

  3. MARCOXV dodał komentarz dnia 11 kwietnia 2013

    W sumie racja, ale stwierdzenie ze „o takich meczach mozemy tylko pomazyc” to przesada. Przeciez nie tak dawno mielismy Wisle, Lecha i Legie w pucharach, a lech ograł Manchester City i zremisowal z Juventusem.

  4. Davide dodał komentarz dnia 3 kwietnia 2013

    Świetne wspomnienia i wnioski.

    A tamta Wisła była naprawdę mocna…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>