Twarzą w twarz z legendą futbolu

1
maj
12
Redakcja
szymanowski

W 1974 roku był uważany za jednego z najlepszych obrońców na świecie. Z mistrzostw świata przywiózł srebrny medal, tłumy ludzi witały jego i kolegów z reprezentacji Polski kwiatami. Dziś niewielu pamięta już Antoniego Szymanowskiego. A człowiekiem jest takim jak przed laty był piłkarzem – wyjątkowym.

Kiedy usiedliśmy naprzeciwko siebie po raz pierwszy – on w fotelu, a ja na kanapie – pomyślałem, że mam szczęście. Przede mną był człowiek, który dla tysięcy, a może milionów Polaków był przed laty wielkim idolem. Ikoną swoich czasów.

Przypomniałem sobie, jak wiele lat wcześniej siedziałem na kolanach mojego dziadka, który pokazywał mi albumy ze zdjęciami z mistrzostw świata 1974. Obserwowałem te biało-czarne fotografie, wycinki z gazet. Wszystkie schowane w specjalnych foliach. Przechowywane jak relikwie.

– Widzisz, tutaj jest zdjęcie z meczu z Argentyną. Pierwszego, jaki graliśmy na mistrzostwach. Wygraliśmy 3-1 czy 3-2. Już dokładnie nie pamiętam – zamyślał się dziadek, a ja przyglądałem się zdjęciom nie wierząc w to, że przez 20 lat można przechowywać je jak świętość.

– A to zdjęcie z meczu z Brazylią. Wtedy Polska z takimi drużynami grała. Numer cztery to Szymanowski. Świetny obrońca. Niejednego potrafił czapką nakryć.

Słuchałem tych opowieści i byłem zachwycony. Jak wspaniała musiała być wtedy polska drużyna, skoro tyle lat po jej wielkich sukcesach kibice ciągle do nich wracają.

Dziś myślę, że dziadek wracał nie tylko do tej drużyny, ale też do lat swojej młodości. W szarym krajobrazie lat 70. piłkarska reprezentacja Polski była dla ludzi jak tęcza. Pozwalała chociaż na chwilę zapomnieć o beznadziei, jaka czaiła się wszędzie dookoła.

Kilkanaście miesięcy temu spotkałem jednego z bohaterów tamtych dni – Antoniego Szymanowskiego (na zdjęciu powyżej pierwszy z prawej). Akurat przygotowywałem o nim długi tekst dla jednej z większych redakcji sportowych. Zaprosił mnie do domu, usiedliśmy przy kawie. I zaczęliśmy rozmawiać.

Różnych rzeczy spodziewałem się po tym spotkaniu, ale nie zdawałem sobie sprawy, z jak fascynującą osobą przyjdzie mi się spotkać. To nie była dyskusja tylko o futbolu. To była rozmowa o życiu człowieka, który został stworzony dla piłki.

– Wszystko tak naprawdę zaczęło się na Wembley, w 1973. Gorączka. Trybuny tak blisko boiska, że czuliśmy dosłownie jak Anglicy chcieli nas rozszarpać. I te okrzyki. „Animals! Animals!” – wrzeszczeli na nas. Dla nich byliśmy zwierzętami. Przyjechaliśmy zza żelaznej kurtyny. To dla nich był gorszy świat, ludzkie zoo – opowiadał pan Antoni.

To, co uderzyło mnie od pierwszej chwili, to że wszystkie te mecze, wszystkie te chwile z przeszłości pamiętał tak dokładnie. Opowiadając o nich przeżywał je na nowo. A ja razem z nim.

Szybko wciągnął mnie do swojej opowieści. Po paru chwilach spędzonych na kanapie w jego domu czułem się tak, jakbym siedział na zgrupowaniu reprezentacji w pokoju z Szymanowskim i Andrzejem Iwanem. Jakbym był tamtej nocy na Wembley. Razem z piłkarzami Kazimierza Górskiego słuchał tych wszystkich straszliwych obelg.

– Zawsze słuchałem bardzo dużo muzyki. Przed meczem, po meczu. Non stop miałem słuchawki na uszach. Z Andrzejem Iwanem bardzo się lubiliśmy, bo masę czasu ze sobą spędziliśmy jak on grał w Wiśle. Kiedy wyjeżdżaliśmy za granicę, to zawsze wracaliśmy z plecakami pełnymi płyt różnych wykonawców, których w Polsce nie dało się dostać. Do dziś Andrzej mi dziękuje, że go zaraziłem Deep Purple i Alice Cooper – opowiadał Szymanowski.

W swoim domu ma do dzisiaj pomieszczenie, w którym codziennie po kilka godzin słucha muzyki. Te słuchawki na uszach zostały mu z lat młodości. Czasami włącza na wideo mecz z Brazylią, puszcza King Crimson i wspomina dawne czasy.

Jest typem samotnika. Nie trzyma się specjalnie z kolegami z dawnej Wisły. W klubie, w którym spędził najlepsze lata pojawia się od wielkiego dzwonu. Widać, że szefowie Wisły czymś mu podpadli. To temat, na który nie chce rozmawiać.

Jakim był piłkarzem? Przede wszystkim pewnym. Przez lata grał na prawej obronie reprezentacji. Miał straszną kondycję, potrafił zabiegać każdego przeciwnika. Był zadziorny i waleczny, a oprócz tego niezły technicznie.

http://www.youtube.com/watch?v=9e94P0HzHLY

Czasami w mediach czytacie pewnie, że piłkarze w tamtych latach pili na potęgę. Szymanowski nie pił. Widać to dzisiaj po jego twarzy. Mimo 60 lat na karku trzyma się świetnie.

– Jakim byłem zawodnikiem? Dziś myślę, że bardzo profesjonalnym. Zero imprez, zero wódki. Codziennie biegałem kilkanaście kilometrów. Miałem takie odczucie, że cały czas ktoś na mnie patrzy – opowiada.

– To się zaczęło jak przyjechaliśmy z mistrzostw świata w 1974. Tłumy ludzi nas witały, każdy chciał uścisnąć dłoń, pogratulować. Od tamtej pory zawsze miałem te twarze przed oczami. Widać było, że tym ludziom w życiu nie jest lekko. Że ta nasza drużyna to jest jedna z niewielu rzeczy, z jakich oni mają radość – wspominał po latach pan Antoni. Był wyraźnie wzruszony.

Po mundialu 1974 był w drużynie marzeń. Jedenastce najlepszych zawodników turnieju. Gdyby dzisiaj któryś polski piłkarz dostąpił takiego zaszczytu, pewnie w ciągu kilku dni dostałby ofertę z Realu lub Barcelony.

Lata 70-te nie oszczędzały jednak nikogo. Nawet wspaniałych zawodników. Szymanowski swoją szansę na wyjazd zagranicę dostał dopiero w wieku 31 lat. Do dziś tego żałuje. – Nie byłem już tym samym piłkarzem, co kilka lat wcześniej – mówi. – Całe szczęście, że w ogóle dali mi szansę wyjechać.

W którymś momencie wstaje od stołu i na chwilę znika w pokoju obok. Po chwili wraca. W jednej ręce trzyma album ze zdjęciami, w drugiej małe pudełeczko.

Zajrzeliśmy do albumu. Był bliźniaczo podobny do tego, w którym mój dziadek wiele lat wcześniej trzymał wycinki z gazet. U Szymanowskiego tych wycinków było nawet więcej. Wydawało mi się, że wiele z nich widziałem już wcześniej. A może to było tylko złudzenie?

Dochodzimy do środka albumu. W centralnym miejscu wycinek z Dziennika Bałtyckiego. „Triumfalny powrót srebrnej jedenastki”. Na zdjęciu obok Kazimierza Deyny stoi Szymanowski. Na szyi ma zawieszony srebrny medal mistrzostw świata.

Kiedy skończyliśmy przeglądać album, pan Antoni otworzył pudełko, które przyniósł wcześniej z pokoju. W środku był piękny medal z wygrawerowanym Pucharem Świata. Dokładnie ten sam, który wisiał na szyi Szymanowskiego na zdjęciu tuż obok.

Nawet nie wiecie, jak wspaniałym uczuciem jest widzieć coś takiego. Dla takich chwil wielu wspaniałych piłkarzy sprzed lat dałoby wszystko. Ja miałem to szczęście, że przez moment trzymałem w ręku jedno z największych trofeów w piłce nożnej. Do dziś pamiętam jego połysk, kształt, awers i rewers. Takich chwil się po prostu nie zapomina.

Nie zapomina się też piłkarzy takich jak Antoni Szymanowski.

Bartosz Barnaś

1 komentarz
  1. link w88 hoạt động tốt dodał komentarz dnia 27 października 2020

    Nice

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>