Własny stadion – twierdza czy przekleństwo?

0
wrz
30
Hubert Kęska
wisla 2

11-ego listopada 2006 roku, dokładnie w 88 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, krakowska Wisła na własnym obiekcie ulega GKS-owi Bełchatów 2:4.  Z pozoru – zwyczajne ligowe spotkanie. Żaden hit. Ot, powoli oddający swoje przewodnictwo w lidze, najlepszy zespół ostatnich lat (Wisła) zostaje rozbity przez drużynę pewnym krokiem zmierzającą po największy sukces w swojej klubowej historii – wicemistrzostwo Polski. Wydawać by się mogło, że ni to specjalna sensacja, ni wynik szczególnie godzien odnotowania. A jednak, opisywane spotkanie zakończyło pewną erę w naszej ligowej piłce. Erę bezwzględnej dominacji przy Reymonta krakowskiej drużyny.

Stadion Wisły pozostawał niezdobyty przez ligowe zespoły przez okres ponad pięciu lat. 11 listopada 2006 r. dobiegła zatem końca, trwająca od 16 września 2001 roku, passa 73 kolejnych spotkań bez porażki Białej Gwiazdy na własnym stadionie w ligowych rozgrywkach. Wisła, która licząc od porażki
z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski w 2001 r. nie znalazła pogromcy u siebie aż do spotkania
z popularnymi ,,Brunatnymi”, była ewenementem nie tylko na krajową, lecz wręcz na europejską skalę. Choć brzmi to dość absurdalnie, w owym czasie krakowianie na własnym obiekcie w lidze radzili sobie lepiej niż chociażby dwukrotny mistrz Hiszpanii  FC Barcelona (2005,2006), triumfator Champions League AC Milan (edycji 2002/2003) czy prowadzona przez Jose Mourinho londyńska Chelsea. Nie bez przyczyny do krakowskiej Wisły przylgnęła wówczas łatka zespołu znakomicie radzącego sobie na własnym boisku, zaś do stadionu przy ul. Reymonta miano niezdobytej twierdzy.

Dziś najdłużej niepokonanym zespołem w ekstraklasie pozostaje Górnik Zabrze, który ostatnim razem na własnym stadionie porażkę poniósł 30 maja bieżącego roku (nota bene właśnie z krakowskim zespołem w 29 kolejce spotkań sezonu 2012/13). Złośliwi mogliby w tym momencie wtrącić, że na taki wynik zabrzan wydatnie wpływa fakt, iż w bieżących rozgrywkach są oni obok Jagiellonii Białystok, zespołem najrzadziej (zaledwie trzykrotnie) występującym w roli gospodarza.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że obecnie widocznie brakuje w Polsce drużyn, które w pełni korzystają z przywileju jaki daje możliwość rozgrywania spotkań na własnym boisku. Znajomy stadion, murawa, tysiące wiernych kibiców żywo dopingujących swój zespół – to wszystko powinno działać na korzyść gospodarza spotkania. No właśnie powinno, choć często nie działa.

Bacznie obserwując rezultaty osiągane przez zespoły występujące na dwóch najwyższych szczeblach naszej ligowej piłki w poprzednim sezonie, z przykrością należy stwierdzić, że polskie drużyny wcale nie poprawiają znacznie swego bilansu punktowego grając u siebie, a niektóre wręcz mają ogromny problem z regularnym zdobywaniem punktów na własnym stadionie.

W minionych rozgrywkach ekstraklasy zaledwie cztery drużyny wyraźnie lepiej czuły się na własnym obiekcie niż w spotkaniach wyjazdowych. Do tego grona należy zaliczyć: brązowego medalistę poprzedniego sezonu (Śląsk Wrocław), beznadziejnie słabą na wyjazdach kielecką Koronę (86% wszystkich punktów zdobyła występując w roli gospodarza!), mającą za sobą bardzo nierówny sezon Pogoń Szczecin oraz odmłodzoną drużynę z Łodzi (Widzew). Ciekawym przypadkiem jest świetnie radząca sobie w obecnych rozgrywkach szczecińska Pogoń. Zespół, który w poprzednim sezonie na
35 punktów aż 22 zdobył grając przed własną publicznością, w bieżących rozgrywkach odniósł pierwsze zwycięstwo u siebie dopiero w ostatniej – 9 ligowej kolejce (z Podbeskidziem 2:1[1]),
a pomimo tego zajmuje w tabeli ekstraklasy znakomitą czwartą pozycję.

Na zapleczu najwyższej klasy rozgrywkowej także brakuje typowych zespołów ,,własnego podwórka”. Wyjątkowo dobrze na własnym boisku prezentuje się drużyna z Łęcznej[2], niezłe wrażenie pozostawiła także po sobie w Grudziądzu miejscowa Olimpia. Lecz na tym w zasadzie koniec.

Arena Kielc – to tutaj większość swoich punktów zdobywa miejscowa Korona

Na całkowicie przeciwnym biegunie znajdują się zespoły z Bielska-Białej, Olsztyna czy Brzeska.
Stach pomyśleć jaki los spotkałby  w poprzednich rozgrywkach tzw. ,,Górali”, gdyby nie dobra forma
w spotkaniach wyjazdowych. Piłkarze Podbeskidzia w minionym sezonie mogą ,,pochwalić się” zdobyczą zaledwie 12 punktów na własnym stadionie (przy 20 zdobytych grając na wyjeździe).
Pod rosnącą presją znajdują się także piłkarze olsztyńskiego Stomilu. Bardzo popularny na Warmii klub od dawna nie potrafi przełamać fatalnej passy w spotkaniach przed własną publicznością. Podopieczni trenera Zbigniewa Kaczmarka nie potrafią odnieść zwycięstwa u siebie już od niespełna roku, dokładniej od 6 października 2012 r., kiedy to rozgromili na własnym boisku sądecką Sandecję 4:0[3]. Niezbyt przyjemne wspomnienia z wizyt na stadionie przy ulicy Okocimskiej mają z pewnością również kibice  z Brzeska. Sympatycy beniaminka poprzedniego sezonu na ligowe zwycięstwo swoich ulubieńców na własnym stadionie musieli czekać aż do ostatniej ligowej kolejki, w której to Okocimski, w spotkaniu decydującym o utrzymaniu, pokonał poznańską Wartę ,,cudownie” zachowując pierwszoligowy byt[4]. W obecnych rozgrywkach takiej łaski jeszcze nie dostąpili.

Oczywista niemoc niektórych polskich zespołów na własnym boisku może szczególnie dziwić jeśli prześledzimy losy drużyn, które z uwagi na przymusową wyprowadzkę ze swojego obiektu musiały toczyć boje w roli gospodarza w rzeczywistości na obcych dla siebie arenach.

Jak ważne pozostaje rozgrywanie spotkań na własnym stadionie, pokazał przykład Wisły i poznańskiego Lecha – zespołów bijących się o mistrzostwo Polski w sezonie 2009/10. Z uwagi na rozbudowę i modernizację stadionów, drużyny z Krakowa i Poznania były zmuszone rozgrywać spotkania w roli gospodarza na de facto obcych im obiektach (kolejno w Sosnowcu i we Wronkach),
przy ograniczonej liczbie własnych kibiców. Co godne podkreślenia, to właśnie w głównej mierze poprzez kiepską postawę na Stadionie Ludowym zespół ze stolicy Małopolski utracił mistrzowski tytuł na rzecz poznańskiej drużyny[5], która dopiero po powrocie na Bułgarską[6] zanotowała fantastyczną serię zwycięstw (7 wygranych w ośmiu spotkaniach przed własną publicznością).

Znamienny jest również przypadek gdańskiej Lechii, która po przeprowadzce na nowy stadion nagle całkowicie zatraciła skuteczność. Zespół znany dotychczas ze znakomitej dyspozycji w spotkaniach przed własną publicznością (grając na ,,starych śmieciach”, przy ul. Traugutta, licząc od powrotu do ekstraklasy legitymował się bilansem 19 zwycięstw, 12 remisów i 14 porażek w 45 rozegranych spotkaniach – 62% wszystkich zdobytych w tym okresie punktów[7]) w pierwszych 30 spotkaniach na PGE Arenie (sezon 2011/12 i kolejny) zaliczył zaledwie 6 zwycięstw, notując średnią jednego punktu na ligowy mecz.

Obserwując dyspozycję zespołów reprezentujących dwie najwyższe klasy rozgrywkowe w Polsce próżno jest szukać drużyn tak wyraźnie dominujących nad rywalami przed własną publicznością, jak nieodżałowana krakowska jedenastka. Wydaje się, że w szczególności nasze eksportowe drużyny są często zbyt gościnne dla zawodników zespołów przyjezdnych. Dociekliwi mogą podnieść, iż krajowy rekord został osiągnięty w okresie świetności Białej Gwiazdy na polskich i europejskich arenach (trzykrotne z rzędu wywalczenie mistrzostwa Polski oraz dotarcie do 1/8 finału Pucharu UEFA w 2003 r.). Jest to oczywiście prawda, jednak należy pamiętać, że również w tym okresie zespół z Krakowa ponosił porażki. Licząc od daty rozpoczęcia wspaniałej serii, Wisła Kraków odnotowała 18 porażek, w tym żadnej na własnym boisku. Taka sztuka nie udała się ani bardzo mocnemu w ostatnich latach Lechowi Poznań, ani próbującej już od pewnego czasu zdominować krajowe rozgrywki warszawskiej Legii. Oba te kluby ligowe niepowodzenia i nierówną formę w spotkaniach przed własną publicznością (patrz choćby: Legia przegrywająca nie tak dawno z Lechią 0:1, czy ligowy kryzys poznańskiego Lecha w sezonie 2010/11) zrzucają często na karb europejskiej przygody (czytaj: wąskiej kadry pierwszego zespołu).

gdańska PGE Arena

to właśnie po przeprowadzce na ten obiekt skuteczność zespołu z Trójmiasta w meczach u siebie drastycznie spadła

Większość polskich drużyn zachowuje względną równowagę pomiędzy punktami zdobywanymi
u siebie, a przywożonymi z obcych boisk. To z kolei łączy się zazwyczaj z bardzo nierówną formą
na własnym stadionie. Szkoda, bo słaba dyspozycja na własnym obiekcie może być przyczyną wielu ligowych niepowodzeń oraz wpływać bezpośrednio na zniweczenie zarówno sportowych, jak i finansowych przedsezonowych założeń. Warto pamiętać, że Lech nie miał szans dotrzymać kroku stołecznej Legii w poprzednim sezonie właśnie przez słabą statystykę spotkań u siebie. Podbeskidzie rozdając punkty na prawo i lewo do końca musiało drżeć o ligowy byt, natomiast Termalica bardzo przeciętnej postawie na własnym stadionie zawdzięczać może brak ekstraklasowej promocji.
Słaba dyspozycja w meczach przed własną publicznością przekłada się zaś na marną frekwencję na trybunach i mniejsze wpływy do klubowej kasy. Nie świadczy również dobrze o sile zespołów występujących w naszej lidze. Znaczne wahania formy w spotkaniach na własnym obiekcie dowodzą zwyczajnie o piłkarskiej i mentalnej słabości drużyny. Zespoły nie potrafiące regularnie zdobywać punktów w roli gospodarza mają zazwyczaj kłopot z konstruowaniem akcji w ataku pozycyjnym. Ich lepsza forma na wyjazdach wynika głównie z defensywnego nastawienia – występując w roli przyjezdnych, drużyna chowa się za podwójną gardą i liczy na wyprowadzenie rozstrzygającej spotkanie kontry. Takie zaś ustawienie ciężko jest zastosować w spotkaniach u siebie. W przypadku braku alternatywnego schematu gry, bądź odpowiednich do niego wykonawców, w poczynania zespołu wkrada się nerwowość podsycana dodatkowo piętrzącymi się oczekiwaniami kibiców. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że w takich warunkach ciężko o ligowe punkty.

Dziś w polskiej lidze każdy może wygrać z każdym. Nikogo żaden wynik specjalnie nie zdziwi. Ba, dla niektórych taki produkt jest atrakcyjniejszy, ciekawszy bo i nieprzewidywalny. Przy tym całym aplauzie dla niespodzianek, sensacji, zwycięstw Dawida nad Golitatem, tylko jednego trochę żal.
W rodzimym futbolu na próżno szukać dziś prawdziwych twierdz, grodów nie do sforsowania niezależnie od kondycji finansowej klubu czy zmian personalnych w drużynie. I tak już całkowicie na koniec sentymentalnie wspomnę, iż doskonale zapamiętałem z czasów świetności Wisły jeden obrazek. Były zawodnik krakowskiej jedenastki, wybitny reprezentant naszego kraju Tomasz Kłos,
po wygranym w niesamowitych okolicznościach spotkaniu z silną wówczas Amicą Wronki (2:1)[8], pełen dumy w telewizyjnym wywiadzie oznajmia: ,,Przykro mi, lecz na wiśle wygrywa Wisła”.
Jego wypowiedź okazała być się prorocza. Wątpliwe, aby w przeciągu najbliższych kilku lat, któryś
z naszych obecnych ligowców mógł z czystym sumieniem powtórzyć te słowa….

 


[1]  Ponadto  3 remisy oraz porażka 0:3 z Legią. U siebie Pogoń zdobyła więc jak dotychczas 6 oczek, kolejne 10 dorzuciła
w 4 spotkaniach wyjazdowych.

[2]  Zespół z Łęcznej tylko znakomitej postawie w meczach u siebie zawdzięcza spokojne utrzymanie na drugim szczeblu rozgrywek.
W meczach wyjazdowych poprzedniego sezonu Bogdanka zdobyła zaledwie 11 punktów, to skandalicznie mało, jeśli weźmiemy pod uwagę, że niewiele mniej punktów w spotkaniach na obcych boiskach w poprzednich rozgrywkach (10) zdobyły targane bardzo poważnymi problemami zespoły Warty Poznań oraz Polonii Bytom, a więc ubiegłorocznych spadkowiczów.

[3]  Co prawda wiosną grając w roli gospodarza Stomil niespodziewanie pokonał efektownie Cracovię Kraków (3:0), ale spotkanie to nie odbyło się przy Alei Piłsudskiego, lecz w zaprzyjaźnionej Ostródzie.

[4]  Zespół z Małopolski utrzymał się na zapleczu ekstraklasy tylko dzięki bankructwu warszawskiej Polonii, która nie dopuszczono do gry na poziomie I ligi.

[5]  Krakowski zespół grając w Sosnowcu zanotował aż 5 porażek, uzyskując zaledwie 27 punktów w 15 spotkaniach (na 62 zdobyte
w całych rozgrywkach).

[6]  Popularny Kolejorz w przeciwieństwie do krakowskiej Wisły tylko część sezonu spędził we Wronkach – na swój właściwy obiekt powrócił 6 marca 2010 r. na mecz z Cracovią (3:1).

[7]  Rekordowy był pod tym względem sezon 2008/09, w którym punkty wywalczone u siebie stanowiły aż 3/4 całego dorobku punktowego gdańskiej drużyny (24/32 zdobyte w tych rozgrywkach).

[8]   Obie bramki dla Białej Gwiazdy padły pod koniec spotkania, a zdobyli je: Tomasz Frankowski oraz właśnie Kłos (04.04.2004).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>